AmericaArmy.pl

10 górska w dolinie Shah-e Kot

2009-08-13 21:24:02

Oficer 10. Dywizji Górskiej osłania twarz podczas załadunku na pokład śmiglowca CH-47 Chinook.Bladoniebieski świt wstawał nad pokrytymi śniegiem szczytami Shah - e Kot w chwili, gdy sierżant Thomas Aott oraz jego batalion z 10. Dywizji Górskiej zbliżali się, stłoczeni w helikopterach Chinook, do strefy walk. Żołnierze amerykańscy, młodzi rekruci o chłopięcych twarzach, którzy nigdy wcześniej nie widzieli walki, byli, jak to niektórzy określają,
"nabuzowani".
Dla sierżanta Aotta, trzydziestodwuletniego ojca czworga dzieci, byłego Rangersa, oraz weterana konfliktów takich jak krwawe starcie w Mogadishu w 1993r. przypływ adrenaliny był aż nazbyt dobrze znany.

Był drugi marca i właśnie zbliżała się największa lądowa bitwa wojny w Afganistanie, podczas której amerykańska piechota po raz pierwszy starła się bezpośrednio z wojownikami opowiadającymi się po stronie terroryzmu. Operacja o kryptonimie Anakonda miała na celu odcięcie oraz zniszczenie ognisk Al Kaidy oraz talibów zgrupowanych na obszarze 70 mil kwadratowych, pełnych surowych grzbietów górskich i głębokich dolin. Sprzymierzone siły afgańskie, towarzyszące Zielonym Beretom, miały zaatakować od północy, kierując około 200 do 400 wrogich bojowników w stronę blokujących drogę odwrotu na południe oddziałów amerykańskich.

Lecz w ciągu kilku minut po tym, jak śmigłowiec Aotta wylądował w dolinie, misja jego jednostki radykalnie się zmieniła. Wśród otaczających ich od zachodu i wschodu grzbietów górskich ukrywały się ciężko uzbrojone, ufortyfikowane siły przeciwnika o liczebności ponad 100 ludzi, o których nie wiedzieli autorzy amerykańskiego planu natarcia. Do wojowników tych przyłączyli się potem nadchodzący od północy żołnierze Al Kaidy, którzy odparli siły afgańskie i przemieścili się na południe, by zaatakować Amerykanów.

To historia mówiąca o tym, jak Aott oraz 85 żołnierzy lekkiej piechoty - wspomaganych przez amerykański arsenał powietrzny - przeżyło, oraz - do pewnego stopnia - zwyciężyło w osiemnastogodzinnej bitwie, równie brutalnej, jak nieoczekiwanej. Pomimo ataków ze wszystkich stron, mimo braku amunicji, z jedną trzecią ludzi rannych, siły amerykańskie nie dały się pokonać, eliminując większość sił przeciwnika. Dzięki umiejętnościom, wytrzymałości i z pomocą niewielkiego zagłębienia terenu, znanego jako "miska", wszyscy żołnierze amerykańscy cudem przeżyli.

Wnioski wyciągnięte z tej bitwy, oparte na wywiadach z ponad dwudziestoma żołnierzami i oficerami, którzy brali w niej udział, są pouczające. Walka, która toczyła się tamtego zimnego, marcowego dnia umożliwiła Amerykanom dostrzeżenie podstawowych faktów dotyczących planowania wojennego oraz strategii: uświadomiła kłopotliwy niedobór informacji. Dzięki niej widać też koszt - jakkolwiek konieczny - amerykańskich wysiłków podjętych w celu oszczędzenia cywilów. Opisywana walka uświadamia, jak ważna jest szara piechota, podkreśla ograniczenia zimnego sposobu prowadzenia wojny, sprowadzonego ostatnio do naciskania kolejnych guzików - zwłaszcza przeciwko nieuchwytnym siłom terrorystów.

Walka w dolinie ukazuje także głębsze rzeczy: co czuje dwudziestojednoletni szeregowy, który właśnie został po raz pierwszy w życiu ranny, pokazuje wewnętrzną determinację dowódców, którzy powstrzymują wybuchającą panikę. Jest to historia mówiąca o frustracji młodego sanitariusza, muszącego zaopiekować się zbyt dużą liczbą rannych w czasie, gdy pomoc odległa jest o godziny. O strachu przezwyciężonym przez chęć zemsty i o dobrych ludziach uczących się zabijać bez żalu. O radości z pozostania przy życiu i niecodziennym pięknie wirujących łopat helikoptera, połyskujących srebrem w pełnym świetle księżyca.

* * *Żołnierze 10. Dywizji Górskiej zajmują pozycję w pobliżu wsi Marzak, zdjęcie wykonane 8 marca 2002 roku.

Kilka chwil po tym, jak około 6:00 Aott wybiegł z tylnej rampy Chinooka na ziemię skalistej, pokrytej śnieżnymi łatami doliny, wybuchł okrzyk - Nadchodzą! Ogień nieprzyjacielskich karabinów - na początku sporadyczny, lecz gwałtownie narastający - spadł na oddziały amerykańskie z umocnionego grzbietu w wyższej części wschodniego zbocza. Pociski nadlatywały także od strony wspinających się na wschodnią grań dwóch tuzinów ubranych na czarno wojowników Al Kaidy, którzy wyglądali niczym czarne mrówki.

Aott i pozostali żołnierze z kompanii C 10. Dywizji Górskiej ukryli się w płytkich rowach i za wzniesieniami, po czym odpowiedzieli ogniem na ostrzał. Aby poruszać się szybciej, wielu z nich porzuciło swoje osiemdziesięciopięciofuntowe plecaki wypakowane jedzeniem, odzieżą zimową i dodatkową amunicją - była to decyzja, której będą potem żałować.

Dowódca batalionu, podpułkownik Paul LaCamera, najstarszy stopniem oficer 10. Dywizji Górskiej na ziemi, oraz jego najbliższy podwładny, starszy sierżant sztabowy Frank Grippe, zajęli pozycje w "misce". Zagłębienie w dolinie było tak szczęśliwym zbiegiem okoliczności, że sierżant Grippe żartował potem, iż Matka Natura musiała umieścić je tam, "ponieważ kiedyś młodzi Amerykanie mogliby go potrzebować".

Grippe zdał sobie sprawę, ze jego ludzie wciąż znajdowali się "na bardzo niebezpiecznej pozycji". Początkowo wyznaczeni do blokowania głównych - południowej oraz wschodniej - dróg wyjściowych z doliny - o kryptonimach Heather i Ginger - teraz stawali przed bitwą twarzą w twarz z dużym oddziałem sił przeciwnika. Co gorsza, wróg obsadził dobrze ukryte pozycje na zboczach gór, w czasie gdy ludzie Grippego zajmowali niżej położone, odkryte stanowiska.

Nagroda pocieszenia: Odkryli jedno z największych skupisk Al Kaidy i talibów w Dolinie Shah - e Kot.

Kilka stóp od Grippego, kapitan Scott Taylor, oficer wsparcia ogniowego, rozpoczął pilne nawoływanie drogą radiową o wsparcie helikopterów Apache. Młody, noszący okulary oficer z Long Valley w New Jersey jest absolwentem uczelni w Rudges, na której w 1996 roku ukończył kierunek "Międzynarodowe Badania nad Środowiskiem". Teraz, naprowadzając na cel ogień artylerii i kierując uderzenia powietrzne, miał przed sobą krajobraz wojny.

Kapitan Taylor przekazał koordynaty dwóm pilotom Apachy, którzy zjawili się na miejscu w ciągu 20 minut, ostrzeliwując grań. Zataczali koła i wystrzeliwali rakiety w kierunku szczytu, kiedy wrogi ostrzał zmusił ich do odwrotu. Godzinę później nadleciały kolejne dwa Apache. Taylor ponownie naprowadził je na cele, lecz zanim oddały choć jeden strzał, także zostały odparte przez pociski ziemia - powietrze oraz strzał z broni małokalibrowej.

- Szczyt 4 - 0. Tu Killer Spade 6 - nadał drogą radiową pilot, używając znaku wywoławczego Taylora. - Zostaliśmy trafieni z broni lekkiej, musimy wrócić na FARP (wysunięty punkt przezbrojenia i uzupełniania paliwa, znany też jako 'Texaco') by się tym zająć.

Taylor natychmiast zgłosił się po wskazówki do przełożonych z brygady dowodzenia. Wieści były złe: pięć z sześciu Apachy dostępnych tego ranka zostało uszkodzonych przez nieprzyjacielski ogień. Śmigłowce także traciły sterowność w wysokogórskim, rzadkim powietrzu. Przez resztę dnia wsparcie Apachy będzie niedostępne.

Tymczasem, na odkrytym dnie doliny, szeregowy Chad Ryan wraz ze swą załogą ładowali czterdziestofuntowe pociski odłamkowe do lufy 120 mm moździerza i ostrzeliwali wschodni grzbiet. Młody artylerzysta nie miał doświadczenia bojowego, lecz pozostał skupiony nawet w chwili, gdy jeden z kolegów chwilowo spanikował, a inni patrzyli na niego z wybałuszonymi oczami.

- Nie dotknęło mnie to w ten sposób, że "Hej, zaraz zginę". To było raczej "Hej, ja już tu kiedyś byłem - powiedział później.

Dawniej, w małym mieście Sterling w Illinois, położonym nad Mississippi, trener futbolowy szeregowca Ryana uczył go, aby ten "wciąż doskonalił swą grę". Kiedy wstąpił do wojska w 2000 r. trenował ciężko, tak jakby ta rada tyczyła także prawdziwego życia. - Traktowałem to w ten sposób: 'To moje życie. I to mnie kiedyś ocali,' i tak się rzeczywiście stało.

Załoga Ryana wystrzeliła 16 pocisków, zanim ogień z AK-47 zaczął wzbijać piach pod ich stopami. Gdy moździerze nieprzyjaciela zaczęły uderzać coraz bliżej, Aott i inni wybiegli wprost pod ogień i pomogli przytargać wielkie działo z powrotem. Dotarli do niewielkiego rowu melioracyjnego w pobliżu ludzi Aotta, gdy nagle świat zniknął w błysku i chmurze czerni.

Grippe wyjrzał w stronę, gdzie wcześniej przebywał Aott, i zobaczył ponad tuzin leżących nieruchomo ciał. Nieprzyjacielski pocisk moździerzowy o promieniu rażenia 60 jardów wylądował im prawie na głowach. - Zdałem sobie sprawę, że mamy 4 lub 5 zabitych - powiedział Grippe. Lecz wtedy chwiejny cień wyłonił się z dymu i zgliszczy. Aott, z mocno poszarpanym prawym ramieniem, krzyczał na swych ludzi, żeby podnieśli się i ruszyli zanim uderzy kolejny moździerz. - Zginiecie, jeśli się nie podniesiecie! - krzyczał. Jeden z żołnierzy gapił się w osłupieniu, wyraźnie w szoku. - Ocknij się! - krzyknął Aott. Wezwał przez radio posiłki, i poprowadził grupę rannych zakosami, wykorzystując zagłębienia terenu, na przestrzeni 40 jardów do "miski".

Leżąc w piachu Aott czuł się bezbronny, nie mógł nawet przystawić broni do ramienia. Co gorsza, ponad połowa jego plutonu została ranna, a on obwiniał za to siebie. Skierował swoje myśli ku dzieciom, przypomniał sobie pożegnalną prośbę żony: - Nie zgrywaj bohatera. Wróć do nas.

Wciąż było rano.

* * *

Podczas gdy jednostka Aotta okopywała się, wiadomość o jej trudnej sytuacji dotarła do amerykańskiego dowództwa wojskowego na lotnisku Bagram, 80 mil na północ. Wewnątrz zatłoczonego, hałaśliwego namiotu, wypełnionego sprzętem radiowym, amerykańscy dowódcy i sztab śledzili rozwój sytuacji.

- Strefa lądowania jest pod ostrzałem! - jeden z amerykańskich planistów, major Francesca Ziemba, pognała donieść o tym oficerom wywiadu obserwującym przebieg wydarzeń. Major Ziemba poczuła ukłucie strachu, kiedy wraz z liczną grupą oficerów oglądała relację z pola bitwy nadawaną na żywo przez bezzałogowe, zdalnie sterowane samoloty Predator. To, co widziała na szerokich na 5 stóp ekranach i słyszała przez radio było szokujące: w skalistych górach Shah-e Kot przeciwnik okazał się bardziej liczny, stanowczy i umocniony, niż tego się spodziewano.

Dla sztabu 10. Dywizji Górskiej, w tym dla Ziemby i gen. Franka "Bustera" Hagenbecka, dowódcy operacji Anakonda, wieści o ludziach złapanych w ogień krzyżowy nieprzyjaciela były podwójnie bolesne. - To byli nasi chłopcy. To była sprawa osobista - mówi Ziemba, absolwentka West Point. Wtrąca się zaprawiony w boju oficer wywiadu o kryptonimie "Ox": - Chciałam zabrać karabin, zapakować się na pokład śmigłowca i tam lecieć. Wydaje mi się, że wszyscy czuli to samo.

Wszyscy byli mocno sfrustrowani, ponieważ Ziemba i inni oficerowie wywiadu śledzili przeciwnika od tygodni. Teraz 86 amerykańskich żołnierzy walczyło o swoje życia, głównie z
winy amerykańskiego rozpoznania, które nie wykryło obecności przeciwnika wśród szczytów górskich.

- Nic nie wskazywało na ich obecność w tym miejscu - mówi Ziemba, której zadaniem było przewidywanie ruchów przeciwnika. Amerykańskie fotografie wywiadowcze, urządzenia nasłuchowe i szpiegowanie wykazały brak obecności Al Kaidy na wysoko położonych obszarach. Analitycy wierzyli także, że kryjówki górskie były zbyt chłodne, jako że nawet tamtejsi pasterze przeczekiwali zimę w niżej położonych wioskach.

- Niestety, ci goście potrafią znakomicie się ukrywać - mówi starszy chorąży sztabowy Jocelyn Baker, która śledziła bitwę tamtego dnia.


Po uważnym przyjrzeniu się obrazom z kamer trzech Predatorów, oficer Baker była także zaskoczona sporą liczebnością kontyngentów Al Kaidy oraz talibów, o których do tej pory sądzono, że to małe grupki rozmieszczone w cywilnych osadach oraz ich okolicach. - My zakładamy, że to są cywile, a tu okazuje się, że jest to cała banda złych facetów - mówi Baker.

W rzeczywistości Amerykanie byli zbyt ostrożni. W trosce o życie cywilów, amerykańscy dowódcy nie zastosowali ciężkiego bombardowania z powietrza aby "zmiękczyć" przeciwnika przed wysłaniem żołnierzy. Kiedy rankiem 2 marca sprzymierzone siły afgańskie rozpoczęły natarcie z północy, nie napotkały cywilów. - Ani jednego - mówi pułkownik Jon Mulholland, dowódca Zielonych Beretów, który pomagał Afgańczykom w dowodzeniu.

Zamiast spodziewanych cywilów, duża grupa sił przeciwnika odepchnęła Afgańczyków, po czym skierowała się na południe na spotkanie Amerykanom, w tym jednostce Aotta. Po całym zdarzeniu ustalono, że przeciwnik pieniędzmi i groźbami przekonał cywilów do opuszczenia wiosek.

Co gorsza, kiedy Baker śledziła ruchy nieprzyjaciela z wnętrza pozbawionego okien namiotu, zaczęła zdawać sobie sprawę z faktu, który już wcześniej uświadomili sobie Aott i jego ludzie: - Oni wiedzieli, że nadchodzimy.

Żołnierz amerykański zabezpiecza granice strefy lądowania, w tle odlatujący śmigłowiec CH-47 Chinook. Afganistan, lipiec 2002.* * *

Z wysokiego, zaśnieżonego grzbietu snajper Al Kaidy ostrzeliwał Amerykanów. Namierzyli go przez lornetkę, widzieli go szydzącego z nich i wykonującego w ich stronę obsceniczne gesty. Za każdym razem, kiedy próbowali go trafić, umykał i krył się za skałami.

Do tej pory ludzie z 10. Dywizji Górskiej - pierwszej amerykańskiej jednostki konwencjonalnej w Afganistanie - natknęli się na przeciwnika niezbyt wiele razy. Więźniowie talibańscy oraz członkowie Al Kaidy, którzy przewinęli się przez areszty w Bagram i Mazar - e Sharif wyglądali ma mizernych i wychudzonych.

- Mieli ciała jak dziewczynki - wspomina sanitariusz kompanii C Eddie "Doc" Rivera, który pobierał próbki DNA od zatrzymanych. Patrząc na ich wątłe postaci, czuł gniew pomieszany z niedowierzaniem: - Co wy sobie w ogóle myśleliście, że możecie się z nami mierzyć?

Tamtego dnia w dolinie przeciwnicy nie budzili jednak żalu. Ubrani w czarne tuniki i turbany, Amerykanom wydawali się być wojownikami Ninja. - To nie byli włóczędzy z kraju Trzeciego Świata zmuszeni do walki - mówi Aott. - Oni prawdopodobnie byli do tego szkoleni.

Wojownicy terrorystów mieli przewagę w postaci górskiej twierdzy pełnej jaskiń i tuneli kopanych przez całe dekady. W latach 80. przywódca afgańskich mudżahedinów Nasrullah Mansour zniszczył wiele radzieckich oddziałów, które dążyły do przejęcia bazy leżącej na południowym końcu doliny Shah-e Kot, przecinającej główny szlak zaopatrzeniowy oraz drogę ucieczki na wschód do Pakistanu. W kwietniu 1986 roku, w pobliskiej dolinie zmieciono z ziemi cały batalion radzieckich komandosów, liczący 400 ludzi. Również oni atakowali wtedy z doliny umocnione górskie szczyty.

Tym razem to syn Mansoura, Saif, dowodził zbieraniną resztek fanatycznych talibów i członków Al Kaidy, próbując powstrzymać Amerykanów. Ostatniej zimy, po upadku reżimu talibów, setki Arabów, Afgańczyków, Czeczenów i Uzbeków przegrupowało się w tej okolicy, będącej ich bazą. Mieszkali we wzmocnionych bunkrach, wewnątrz kompleksów schronów wybudowanych z suszonej na słońcu cegły oraz w wyposażonych w wentylację i posiadających kilka wyjść jaskiniach. 
Żołnierze, którzy później przeszukiwali ten teren, twierdzili, że ich warunki bytowania były tam zaskakująco dobre. W kuchniach wisiały obrane ze skóry, uwędzone w całości kozy, oprócz tego znajdowały się tam torby pełne ryżu i żeliwne kuchenki służące do gotowania oraz ogrzewania pomieszczeń. Mieli worki bokserskie, tenisówki i sprzęt do ćwiczeń. Często trafiały się kopie Koranu i instrukcje obsługi rosyjskiej broni. Środki medyczne, leki, nawet 
prowizoryczne kroplówki były gotowe do użycia. Mieli radia, telefony komórkowe, zagraniczne paszporty, budziki, i - oczywiście - ogromne składy broni i amunicji.

Żołnierze z 82. Dywizji Powietrzno-Desantowej mierzą jaskinie w pobliżu osady Qiqay, 20 mil na południowy wschód od miasta Kost. 29 lipca 2002 roku.Niektóre z bunkrów, chroniących wejścia do jaskiń, miały ściany grube na blisko metr, tak mocne, że amerykańskie rakiety przeciwpancerne odbijały się od nich - jak twierdzi sierżant Del Rodriguez, który prowadził bezpośrednie natarcie na jedną tego typu pozycji nieprzyjacielskich.

Jak pokazała walka z 2 marca, nawet amerykańskie bomby i precyzyjnie sterowane pociski posiadają ograniczoną skuteczność przeciwko takim umocnieniom.

Kiedy dzień zmierzał ku końcowi, kontrolerzy sił powietrznych przydzieleni do batalionu pułkownika LaCamery wezwali przez radio bombowce B-52, a także myśliwce F-16. Hałas silników samolotów przegnał wroga z powrotem w głąb jaskiń, dając Amerykanom okazję do zmiany pozycji.  Jednakże wiszący tysiące stóp nad ziemią piloci mieli problemy ze zrzuceniem bomb wprost w wejścia jaskiń ukryte wśród grani, w cieniu gór. Gdy tylko któryś z samolotów oddalił się, wrogi ostrzał ponownie przybierał na sile. Około 15:00 naloty ustały całkowicie, aż do zmierzchu. Wykorzystując nadarzającą się okazję, dobrze zaopatrzony przeciwnik zaczął ostrzeliwać oddziały amerykańskie ogniem o niespotykanej dotychczas intensywności.

Ludzie LaCamery zmuszeni byli odpowiedzieć na atak przy pomocy broni lekkiej: karabinów M4, karabinów maszynowych i granatników. Przez moment otrzymali wsparcie od niewielkiej grupy amerykańskich i australijskich oddziałów specjalnych, znajdujących się wyżej na zachodnim grzbiecie. Siły te zastawiły zasadzkę na grupę wojowników Al Kaidy oraz przekazały ostrzeżenie, gdy wróg na wschodnim grzbiecie wystawił swoje moździerze. Moździerze amerykańskie milczały. Po tym, jak atak na działo Ryana ranił Aotta i jego ludzi uznano, że są one zbyt narażone na trafienie przez przeciwnika.

Precyzyjny atak przy pomocy broni lekkiej na dobrze ukryte pozycje nieprzyjaciela okazał się bardzo trudny. Naturalna osłona z krzewów, skał i drzew jałowca mieszała się śniegiem, przesłaniając rozbłyski wydobywające się z nieprzyjacielskich luf i smugi z granatników. - Znali wszystkie zakamarki i wiedzieli, gdzie się ukryć - mówi LaCamera. Rzadkie, górskie powietrze stawało się coraz chłodniejsze. Straty Amerykanów rosły. Kilku ludzi gołymi rękami wykopało w glebie koloru ochry głębokie na 3 stopy rowy, w których ułożyli po dwóch czy trzech rannych. Mieli mało jedzenia, wody i zimowej odzieży i tylko jedną z czterech toreb z zaopatrzeniem medycznym - pozostałe trzy pozostawiono w dolinie. Co gorsza, kończyła się amunicja. Oddziały amerykańskie wyczerpały zapasy amunicji do karabinów maszynowych. W ciągu kilku godzin groził całkowity brak amunicji do wszystkich rodzajów broni.

- Wojownicy Al Kaidy mają to, o czym marzyli, mają szansę, by zabić Amerykanów - myślał LaCamera. On i jego ludzie byli zdecydowani zrobić wszystko, by im w tym przeszkodzić.

* * *

Jeden z młodych szeregowców został powalony na ziemię przez kulę, która trafiła go w klatkę piersiową, ocaliła go kevlarowa kamizelka. Poderwał się na nogi i odpowiedział ogniem. Dwóch innych leżało bez osłony na dnie doliny, broniąc obrzeży pozycji amerykańskich. Sierżant Jeffrey Grothause wraz ze swą dziewięcioosobową drużyną przez kilka godzin biegali po całej, szerokiej na 50 jardów "misce", powstrzymując talibów, którzy nadeszli od północy z wioski Marzak i zakradli się na odległość 30 jardów od sił amerykańskich.


Kolejny szrapnel rozerwał ramię sierżanta Grothause'a, nie przeszkodziło mu to jednak w strzelaniu z M4 - osłaniał w ten sposób swych ludzi. - To jest po prostu siła woli. Widzisz tych chłopaków i myślisz: 'Nie zostawię ich przecież tam samych' - mówi. - Ruszyliśmy dalej.

Kiedy żołnierze, w tym Grothause, zgromadzili się potem tego dnia, nikt nie był bardziej dumny ze swoich "chłopaków" niż Grippe. Ciemnooki, z czarnymi włosami ostrzyżonymi równo na wysokości połowy głowy, były spadochroniarz, większość swej kariery spędził w oddziałach Army Rangers, które są gotowe do rozmieszczenia na całym świecie w 18 godzin. Widział akcje na Środkowym Wschodzie, w Panamie i na Haiti. W oczach swych ludzi krzepki sierżant sycylijskiego pochodzenia urastał do roli symbolu tego dnia.

- Hooah! Strzelajcie w tamtym kierunku! - krzyczał Grippe, wskazując ludziom cel przy pomocy granatnika M-203.
- Hooah, o to właśnie chodzi, człowieku!

W pobliżu znajdował się dowódca Grippego, towarzysz z czasów służby w Rangersach. Blondyn z wydatnym torsem, LaCamera, wydawał się być idealnym dopełnieniem Grippego. Komunikując się ze zwierzchnikami, chłodny, wygadany absolwent West Point podjął tego dnia wiele trudnych decyzji.

W czasie, gdy Grippe, LaCamera i inni zaprawieni w walce weterani podtrzymywali na duchu mniej doświadczonych żołnierzy, nowicjusze, tacy jak Grothause i medyk "Doc" Rivera, dawali z siebie wszystko, nie chcąc zawieść swych towarzyszy. Po raz kolejny tego dnia Rivera usłyszał charakterystyczny grzmot wystrzelonego gdzieś w górach moździerza i rzucił się, by osłonić rannych. Tuląc ich głowy w swych zabrudzonych krwią dłoniach słyszał ich ciche modlitwy i jęki. Potem, ważący 160 funtów specjalista z Ellenville w stanie Nowy Jork, ciężko oddychając na wysokości 8500 stóp, użył całej swej siły, aby przenieść swych rannych towarzyszy w bezpieczne miejsce.

- Wszyscy dostali szrapnelem, lecz wciąż grzebią w piachu rękami i nogami, próbując się ruszyć - wspomina Rivera. - Chcę ich podnieść, lecz nie mogę, więc ciągnę ich po ziemi.

Pojawił się kolejny ranny, i następny. – Doc, strasznie mnie boli - usłyszał. – Doc,
co ze mną będzie?

- Musimy ewakuować stąd rannych! - krzyczał sanitariusz. Lecz godzina po godzinie odpowiedź pozostawała ta sama: - Strefa lądowania jest pod zbyt silnym ostrzałem!

Rivera był przerażony, lecz wiedział, że musi być silny. Kiedy potrzebował otuchy, myślał o swoim przyjacielu Stevie, niskim, łysiejącym sanitariuszu z Nowego Jorku, służącym w oddziałach spadochronowych, z którym pracował w lecie podczas szkolenia wojskowego. Gdy w listopadzie Rivera przebywał w Uzbekistanie dowiedział się, że Steve zginął w zamachu na World Trade Center.

- Myślałem o nim. Powiedziałem: 'Człowieku, robię to dla ciebie. Dla wszystkich, którym się nie udało'. To podniosło mnie na duchu. Dało mi siłę.

Wraz z ochładzającym powietrze zmierzchem ludzie z niecierpliwością oczekiwali na dające im przewagę ciemności. - Noc jest nasza - powiedział im starszy sierżant Robert Healy, były szkoleniowiec Rangers, który kierował działaniami batalionu. - My widzimy ich, lecz oni nie widzą nas.

Około 18:30 usłyszeli dochodzący z wysoka pomruk silników wolnego i nisko latającego, lecz groźnego samolotu AC - 130 "Spectre", któremu wojsko zezwala na loty tylko nocą. Chwilę potem burza ognia z dział 105mm spadła na pozycje terrorystów, wzbudzając radość wśród oddziałów amerykańskich. Przy użyciu czujników podczerwieni i radaru załoga samolotu namierzała i eliminowała zaskoczone grupy przeciwnika, zużywając przy tym większość zapasu amunicji. 
- Wujcio Spectre zajął się sprawą - powiedział sierżant Healy.

Major Herndon z 10. Dywizji Górskiej ogląda zbombardowane stanowisko nieprzyjaciela, dolina Shah-e Kot, 29 marca 2002 roku.Precyzyjne kamery termowizyjne samolotu umożliwiały także określenie wielkości oddziału przeciwnika, na który natknęli się Amerykanie: Po przybyciu załoga samolotu doliczyła się 60 martwych wrogów na wschodnim grzbiecie, po czym zabiła kolejnych 28 - powiedział Taylor, naziemny oficer wsparcia ogniowego. W późniejszym czasie siły przeciwnika w tej osiemnastogodzinnej bitwie zostały ocenione przez amerykańskich dowódców na 150 - 200 osób.

LaCamera, ostrzeżony przez załogę śmigłowca o kolejnych zbliżających się oddziałach wroga, wiedział, że musi wydostać stamtąd swoich ludzi. Zażądał ciężkiego bombardowania grzbietów leżących na zachód i na wschód od pozycji jego oddziałów. Amerykańskie dowództwo rozkazało także zbombardować wioskę Marzak, która uznana została za terytorium nieprzyjacielskie. - Chcę, aby Marzak i te góry zniknęły - powiedział LaCamera. W nalocie amerykańskim, który potem nastąpił, bombowce B-52 zrzuciły dziesiątki ważących po 2000 funtów bomb, które wstrząsnęły ziemią i rozświetliły niebo niczym wielki pokaz sztucznych ogni.

Nawet o 20:00, gdy nadlatywał medyczny Black Hawk, napotykał jeszcze na sporadyczny ostrzał. Prawie trafił go pocisk wystrzelony z granatnika - mimo to śmigłowiec wylądował i ewakuował dwunastu najpoważniej rannych.

O 22:45 nad oddziałami amerykańskimi krążył już drugi samolot wsparcia ogniowego, który zapewniał im osłonę. W końcu, około północy nadleciały dwa Chinooki, które zabrały resztę żołnierzy stulonych w mroźnej ciemności. Widok tych dużych ptaków, błyszczących srebrem w świetle księżyca, był dla Rivery "jak otwierające się bramy Niebios".

Żołnierze z plecakami odzyskanymi z doliny wdrapali się po dziesięciostopowej skarpie i wpakowali do śmigłowców. Jednak dla Aotta i innych, unieruchomionych i siedzących bez możliwości działania, była to jedna z najbardziej stresujących chwil tego dnia. Wiedzieli, że w tej chwili trafienie oznaczałoby masakrę. W końcu byli już po wszystkim, oni "nie chcieli zginąć siedząc w helikopterze" - powiedział Taylor.

- Ogień zaporowy! - krzyczał Grippe do strzelca Chinooka, który wydawał się niewzruszony niebezpieczeństwem. Po raz pierwszy tego dnia grzbiety górskie były spokojne.

W miarę jak śmigłowiec się wznosił, całe ciało Aotta pozostawało napięte, gdy oceniał wysokość, na jakiej się aktualnie znajdowali. - 100 stóp, OK., czysto ... 200 stóp .... Opuścili dolinę. Healy, który do tej pory cały czas wstrzymywał oddech, odetchnął z ulgą.
Rivera patrzył na oszołomione twarze towarzyszy. - Udało nam się - powiedział. - To była moja loteria, tam, w dolinie – powiedział. - Wygrałem los na loterii.

Epilog
W lesie w Górach Adirondack i wśród porośniętych trawą wzgórz otaczających Fort Drum w stanie Nowy Jork wieje chłodny, wiosenny wiatr. Tam, na zapełnionym stadionie sportowym, przystrojonym amerykańskimi i stanowymi flagami, słuchając hymnu granego przez orkiestrę wojskową, LaCamera, Grippe i tuziny ich ludzi stoją na baczność na środku boiska do koszykówki.
Kolejno, po usłyszeniu swojego nazwiska, żołnierze 10. Dywizji Górskiej występują z szeregu.

- Podpułkownik Paul LaCamera ... Srebrna Gwiazda ... za waleczność.

Za swoje trudne, przemyślane decyzje z dnia 2 marca, LaCamera został odznaczony najwyższym odznaczeniem, jakie zostało do tej pory przyznane żołnierzowi amerykańskiemu w czasie wojny z terroryzmem. Grippe i Healy otrzymali Brązowe Gwiazdy Za Odwagę za "bohaterskie osiągnięcia". Taylor i dwa tuziny innych zostało udekorowanych Brązowymi Gwiazdami, a Ryan Medalem Pochwalnym. Aott i inni ranni otrzymali Purpurowe Serca.

- Witamy w domu - z podium zagrzmiał głos generała Thomasa Goedkoopa. - I w imieniu wdzięcznego narodu, dziękuję.

Z miejsc stojących dały się słyszeć okrzyki radości towarzyszy w mundurach polowych, krzyki dzieci i płacz matek tulących niemowlęta. Wiele dzieci przyszło na świat w czasie, gdy ich ojcowie odbywali sześciomiesięczną służbę w Afganistanie i widziało ich dziś po raz pierwszy. 
- Myślałem, że nigdy nie zostanę ojcem - mówi sierżant Randel Perez, odznaczony Brązową Gwiazdą za Odwagę za czyny dokonane 2 marca. Jego syn, Ramiro, przyszedł na świat 23 grudnia.

W rzeczy samej dla żołnierzy, którzy zostali śpiesznie zaokrętowani w październiku, jest to pełen euforii powrót do domu. Czas, aby wreszcie opuścili swój posterunek.

- Zmówiłem kilka "Ojcze nasz" i „Zdrowaś Mario” - mówi LaCamera, wskazując na duchową stronę służby wojskowej. - W pułapce bez wyjścia nie ma ateistów.

Grippe żartuje o tym, jak to odłamek, który utknął w jego prawym kolanie będzie uruchamiał wykrywacze metalu przez resztę jego życia. Na wspomnienie o Brązowej Gwieździe wzrusza ramionami, mówiąc: - To nic wielkiego.

Być może dla niego. Lecz w Shah-e Kot 10. Dywizja Górska została sprawdzona w pierwszej bitwie kampanii toczącej się o wielką stawkę. To, co początkowo planowano jako operację trwającą 72 godziny, z powodu zaciętego oporu rozciągnęło się w czasie na dwa tygodnie. Nadleciało 200 do 300 dodatkowych żołnierzy i śmigłowce Marines Cobra. W końcu dowodzone przez Amerykanów siły przeczesały bazę i według amerykańskich urzędników zabiły setki nieprzyjacielskich wojowników. Nieznana ich liczba wymknęła się z pułapki.

Grupa żołnierzy z 10. Dywizji Górskiej zajmuje pozycję odległą o 25 kilometrów na południowy wschód od miasta Gardez w Afganistanie. Zdjęcie wykonano 15 marca 2002 roku.Grippe i jego ludzie byli na tyle żywotni, aby obalić nieprzyjacielską twierdzę, jednak utrata wiary, błędna decyzja lub niesprzyjająca zmiana sytuacji mogły kosztować życie wielu ludzi. I rzeczywiście, czwartego marca, na północ od miejsca, w którym walczyli Grippe i jego ludzie, w górskich zasadzkach  zginęło siedmiu amerykańskich komandosów wykonujących misje zwiadowczych.

- Co pomyślałby o nas cały świat, gdybyśmy przegrali bitwę z organizacją terrorystyczną? - pyta Grippe - Osiemnastogodzinna bitwa może odmienić losy całego kraju.

Ann Scott Tyson
Tłumaczenie: Maciej Chabros

Partnerzy

Shooters.pl

Americas Army

Ankieta

Czy podoba Ci się AA: Proving Grounds ?

  • Super zamierzam grać ile wlezie

    0%

  • Gra nie jest idealna ale zamierzam dać jej szansę

    0%

  • Nie podoba mi się wcale i nie zamierzam grać w AA4

    0%