AmericaArmy.pl

Bohaterowie rodzą się jedynie w ogniu bitwy

2009-08-13 20:58:55

Amerykańscy żołnierze gdzieś w górach Afganistanu, podczas trwania operacji Anakonda.

Nazwaną ją bitwą o grzbiet Robertsa
Ze wszystkich dotychczasowych walk w wojnie przeciwko terroryzmowi, ta piętnastogodzinna wymiana ognia kosztowała najwięcej, bo aż siedem ofiar po stronie amerykańskiej. Bitwę nazwano tak od nazwiska pierwszego poległego w niej amerykańskiego żołnierza, który zginął pośród ośnieżonych, wysokich na ponad trzy tysiące metrów szczytów górskich wschodniego Afganistanu.

Gdyby jednak chcieć w ten sposób oddać hołd każdemu poległemu wówczas żołnierzowi sił amerykańskich, czy wszystkim tym, którzy wykazali się nadzwyczajną odwagą w ogniu walki, nazwa bitwy mogłaby upamiętniać dowolnego z kilkudziesięciu jej uczestników. Ta historia opowiada właśnie o nich, a szczególnie o jednym spośród nich.

Ściana ognia

Amerykański śmigłowiec transportowy MH 47 ChinookByła w przybliżeniu 3 nad ranem, gdy nad górą Takhur Ghar, znaną amerykańskiej Armii pod kryptonimem operacyjnym Ginger, pojawił się śmigłowiec transportowy MH-47E Chinook o kodzie bojowym Razor 3. Wzniesienie to dominuje nad południowym krańcem doliny Shah-E-Kot i tam właśnie okopały się głęboko siły Al-Kaidy. Trwająca już 48 godzin operacja sił amerykańskich o nazwie Anakonda unieruchomiła terrorystów w ich twierdzy, odcinając im drogi ucieczki. Śmigłowcem leciała grupa komandosów z elitarnej jednostki Seals amerykańskiej Marynarki Wojennej, której zadaniem było zajęcia pozycji, z których można byłoby prowadzić obserwacje wejścia do kompleksu jaskiń, wewnątrz których umieszczony był silnie strzeżony obóz terrorystów. W okolicy nie było lepszego miejsca do założenia punktu obserwacyjnego, niż szczyt Ginger.

W chwili, gdy pilot ze 160-go Regimentu Sił Specjalnych Operacji Powietrznych skierował Chinooka ku ziemi, kaskada pocisków przeciwpancernych i ognia z karabinów maszynowych uderzyła w burtę maszyny, uszkadzając niektóre żywotne systemy hydrauliczne śmigłowca. Pilot poderwał maszynę, chcąc w ten sposób uniknąć dalszych trafień, po czym zaczął oddalać się od niebezpiecznej strefy, cały czas mając na pokładzie komandosów. Dopiero później zdano sobie sprawę. że w trakcie ostrzału, podczas gwałtownych manewrów, jeden z komandosów - kapral Neil Roberts - wypadł przez otwarte drzwi desantowe śmigłowca.

Jedyne, co można było w tej sytuacji zrobić z odmawiającym posłuszeństwa Chinookiem, który ledwo reagował na stery, to ratować się chaotyczną ucieczką w kierunku osłoniętych górskimi szczytami płaskich partii doliny, mniej więcej 4 mile na północ, by tam posadzić uszkodzoną maszynę na ziemi. Tymczasem w głównej kwaterze operacji, w bazie sił powietrznych, postanowiono wysłać nad miejsce akcji bezzałogowy samolot typu Predator, który monitorowałby teren walki, gdzie prawdopodobnie był Roberts. Dane, dostarczone przez automatycznego zwiadowcę, nie były jednak pomyślne. Zaledwie w kilka minut po wypadnięciu ze śmigłowca, Roberts trafił do niewoli bojowników Al-Kaidy. Generał Major T. L. Buster („Drań”) Hagenbeck, głównodowodzący wszystkimi siłami amerykańskimi w Afganistanie, zezwolił - na prośbę pozostałych „Seals" z rozbitego „Chinooka" - na powrót w okolice jaskiń celem odbicia schwytanego kolegi.

- Powszechnie znana jest reputacja tych ludzi i sposób, w jaki traktują jeńców – powiedział jeden z wysokich stopniem oficerów Armii. – Nie chcemy, by ktokolwiek z naszych ludzi został w ich rękach.

Bezzałogowy samolot zwiadowczy Predator na pasie startowym.45 minut po awaryjnym lądowaniu Razora 3, inny MH-47E - Razor 4 - wylądował nieopodal uszkodzonego śmigłowca. Załoga uszkodzonej maszyny i pozostali komandosi szybko wspięli się na pokład i odlecieli w kierunku odległej o 15 mil bazy w Gardez. Gdy dotarli na miejsce, piloci opuścili pokład, a Chinook powrócił do doliny. Na pokładzie było pięciu pozostałych komandosów SEALS i sierżant John Chapman, koordynator wsparcia powietrznego z U.S Air Force. Dzięki Predatorowi żołnierze byli na bieżąco informowani o sytuacji i o rozmieszczeniu sił wroga na miejscu zdarzenia. Niestety - śmigłowiec wylądował tam, gdzie już się go spodziewano. Amerykanów ponownie powitał intensywny ogień wroga, tym razem jednak pilot, przygotowany na taką możliwość, wylądował bez szwanku, dzięki czemu piątka komandosów bez przeszkód zeszła na ziemię. Następnie Chinook opuścił miejsce akcji, oddalając się w kierunku, z którego przyleciał.

W tym samym czasie dowództwo w Bagram rozkazało wkroczyć do akcji Siłom Szybkiego Reagowania. Potężne, podwójne wirniki następnych śmigłowców MH-47E Razor 1 i Razor 2, zaczęły wykonywać powolne obroty. Na pokładach maszyn znajdowało się piętnastu rangersów , dwóch koordynatorów wsparcia powietrznego oraz kilku sanitariuszy-ratowników ze specjalnej jednostki spadochronowej Search and Rescue „ETAC". W jednym ze śmigłowców do akcji w dolinie wyruszył ratownik, starszy lotnik Jason Cunningham - 26 letni mężczyzna, dla którego była to pierwsza misja bojowa w życiu.

Zapał do pracy
Starszy lotnik Jason D. Cunningham, ratownik.Cunningham był bystrym młodzieńcem, z którego twarzy nie znikał uśmiech. Urodził się w stanie Nowy Meksyk, gdzie nadal mieszkała jego żona z dwójką dzieci. Chociaż był spadochroniarzem dopiero od ośmiu miesięcy, jego przeraźliwy wręcz entuzjazm sprawiał, że cieszył się całkiem sporą popularnością wśród swoich kolegów z oddziału. Jego ofiarność wyróżniała go nawet pośród tych doskonale wyszkolonych żołnierzy sił specjalnych armii USA.

- Angażował się w swoja pracę bardziej, niż zazwyczaj można to zrobić - powiedział potem Scott, jeden z kolegów z oddziału. – Dla niego liczyło się jedynie ratowanie zagrożonego życia towarzyszy z pola walki. Z przyczyn bezpieczeństwa nie możemy tu ujawnić pełnych danych osobowych, ani stopnia, mówiącego te zdania Scotta

Ratownicy z USAAF byli zakwaterowani na parterze wieży kontrolnej w bazie sił powietrznych, zaledwie o kilka metrów w dół schodami korytarza, prowadzącego do sali operacyjnej chirurgów ze specjalistycznej jednostki 274-go Polowego Zespołu Chirurgicznego. Nie minęło wiele czasu od zakwaterowania, by Cunningham, pchany chęcią stałego podwyższania swoich umiejętności medycznych, odnalazł ów przybytek. Wkrótce spędzał tam codziennie wiele godzin, pomagając i chłonąc wiedzę praktyczną pod czujnym okiem tamtejszego personelu medycznego.

- Za każdym razem, gdy pojawiali się jacyś poszkodowani w walce żołnierze, jako pierwszy ofiarowywał swą pomoc – mówi o nim dr major Brian Burlingame, dowódca w/w zespołu chirurgicznego. - Jego entuzjazm był na wskroś szczery, co bardzo go do nas zbliżyło. Był dla mnie jak brat.

Jednym z owoców zażyłości pomiędzy Cunninghamem, a obsadą 274 Polowego Zespołu Chirurgicznego, był pomysł wysyłania na pole walki ratowników zaopatrzonych w krew do transfuzji. Było to dość kontrowersyjne, jednak Burlingame zatwierdził ten pomysł.

- Krew jest substancją objętą ścisłą kontrolą Federalnego Urzędu ds. Narkotyków - mówi Burlingame. – Jej wykorzystanie jest obwarowane wieloma nakazami administracyjnymi.

Aby móc zarządzać krwią do transfuzji, jak również udzielać za jej pomocą ratunku na polu walki, konieczne było nie tylko przejście specjalistycznego szkolenia medycznego, lecz także pamiętanie o sporej ilości związanej z tym papierkowej roboty.

- Udało nam się jednak wszystko załatwić tak, by wysłać krew wraz z grupą bojową Cunninghama - dodaje Burlingame.

Trzeba jednak pamiętać, że pomimo swej bardzo bojowej postawy, Cunningham nigdy wcześniej nie uczestniczył w walce. Marzył jednak o szansie wykazania się w boju – w niewątpliwie najbardziej niebezpiecznym środowisku, w jakim może pracować ratownik wojskowy. Kiedy przez dwa pierwsze dni trwania rozpoczętej właśnie operacji Anakonda nie dostał rozkazu wzięcia udziału w akcji, zaczęła w nim narastać frustracja.

- Tak naprawdę pasjonowały go tylko dwie rzeczy – medycyna i strzelanie – mówi Scott.

Teraz, gdy Chinook niósł go w samo serce terytorium wroga, Cunningham miał wreszcie okazję wykazać się w obu tych dziedzinach...

Ten Chinook uderzył w ziemię naprawdę mocno!
Tymczasem w strefie Ginger, bojownicy Al-Kaidy zabili Robertsa, a piątka komandosów Seals, która próbowała pomóc schwytanemu koledze, musiała teraz rozpaczliwie walczyć o własne życie, broniąc się przed przeważającymi siłami wroga. Koordynator wsparcia powietrznego, sierżant John Chapman, który oddalił się od pozostałych komandosów, żeby przez radio wezwać wsparcie lotnicze z bazy, został odcięty od kolegów. Znaleziono go później martwego.

Mniej więcej w czasie, gdy Razor 1 dotarł w rejon walki, słońce wzniosło się ponad horyzont. Tym samym siły wysłane na ratunek broniącym się żołnierzom straciły szansę na atak z zaskoczenia, którą dawały wcześniejsze ciemności. Nieprzyjaciel był przygotowany. Kiedy śmigłowce zbliżyły się do strefy lądowania, zbocza góry Thakhur-Gar „bluznęły" wręcz nawałą ognia ciężkich karabinów maszynowych, lżejszej palby z AK47 i pocisków z ręcznych wyrzutni pocisków przeciwpancernych RPG, wystrzeliwanych z zamaskowanych stanowisk ogniowych.

Granatnik przeciwpancerny RPG 7, z jakiego został zestrzelony Chinook z komandosami SEAL na pokładzie.Jeden z granatów wystrzelonych z RPG trafił w newralgiczny punkt każdego helikoptera - tylny wirnik. Uszkodzona maszyna miotała się na wysokości około 30 metrów nad ziemią, a wrogie pociski trafiały ją raz po razie, wściekle łomocząc o stosunkowo słabe opancerzenie transportowego Chinooka i przebijając owiewki kabiny. Jeden z pocisków strzaskał kość udową siedzącego na lewym siedzeniu pierwszego pilota, inny zerwał mu z głowy kask. Po prawej stronie nie działo się wcale lepiej - kula lub odłamek wyrwała dziurę wielkości srebrnej dolarówki w przegubie drugiego z pilotów, a chwilę potem inna rozdarła mu mięśnie uda.

Poważnie uszkodzony śmigłowiec, z pilotami, którzy z powodu odniesionych ran ledwo sprawowali nad nim kontrolę, uderzył w końcu z dużą siłą o ziemię tuż za szczytem wzniesienia. Szczęśliwym trafem żaden z lecących nim żołnierzy nie doznał z tego powodu jakichś dalszych poważnych obrażeń.

Był to jednak koniec szczęśliwych zbiegów okoliczności. Helikopter i będący w nim ludzie dostali się w sam środek skoncentrowanego ognia wroga, rażącego maszynę z ukrytych i dobrze zabezpieczonych stanowisk ogniowych, znajdujących się w odległości od 100 do 200 metrów. Rangersi, którzy wysypali się z bocznej rampy uszkodzonej maszyny, dostali się wprost pod kule nieprzyjaciela. Dwóch lub trzech z nich padło natychmiast ciężko rannych lub martwych na ziemię. Pilot ze strzaskaną nogą wyczołgał się przez okno kabiny, spadając z wysokości około 2 metrów w śnieg. Gdy rangersi sprintem biegli ku najbliższej osłonie, strzelcy pokładowi kryli ich ogniem, ostrzeliwując pozycje wroga ze swoich działek Minigun kalibru 7.62. Oglądający te wydarzenia, dzięki krążącemu nad miejscem akcji Predatorowi, dowódcy akcji w bazie USAAF, widzieli jak lewy strzelec pokładowy - sierżant Philip J.Sutak - wypada ze swojego miejsca i nieruchomieje na śniegu.

- Był jak czarna kropka na białym tle - powiedział jeden z podoficerów oglądających przekaz. - Nie żyje, tak po prostu. Patrzysz na wszystko, mijają minuty. Siedzisz, a serce Ci krwawi...

Kiedy okazało się, że strefa lądowania jest w rzeczywistości bardziej „strzelnicą" niż miejscem bezpiecznego wyładunku, Razor 2 został zawrócony bez desantowania lecących w nim pozostałych Rangersów. Tymczasem ci, którzy przeżyli z grupy znajdującej się na ziemi, toczyli zażartą walkę. Grenadier rangersów, wyposażony w podczepiany do karabinu M16 granatnik M203, szybko zniszczył celnymi trafieniami najbliższe pozycje bojowników Al-Kaidy. Mimo to w rozbitego na ziemi Chinooka uderzył kolejny pocisk wystrzelony z RPG. Strzelec, który tego dokonał, wręcz nonszalancko przeniósł się po tym strzale do następnego stanowiska ogniowego, gdzie podniósł przygotowaną wcześniej wyrzutnię RPG i ponownie wystrzelił w kierunku uszkodzonego śmigłowca.

Ten sam podoficer tak skomentował ten widok - Nie mogłem uwierzyć w to, jak spokojnie bojownicy poruszali się pomiędzy swoimi pozycjami. Nie biegał nikt, poza naszymi rangersami.

Od teorii do praktyki
Personel medyczny zespołu szybkiego reagowania, w tym Cunningham, a także inny ratownik, (który jako E-6 był o dwa stopnie starszy od tego pierwszego), oraz dwóch sanitariuszy rangersów mieli pełne ręce roboty. Punktem doraźnej pomocy medycznej stał się pokład transportowy rozbitego Chinooka.

Wewnątrz maszyny Cunningham zabrał się do pracy – nareszcie mógł wykorzystać całą posiadaną wiedzę teoretyczną, którą tak chłonął wcześniej w bazie. Nie zważał w jak ciężkich pracował warunkach. Zewsząd otaczał ich ogień wroga, mimo to robił wszystko, aby ratować życie kolegów leżących na pokładzie helikoptera rozbitego gdzieś na niegościnnym szczycie zmarzniętych gór Afganistanu. Kiedy wydawało się już, że nic nie może pójść gorzej, przednia część Chinooka została trafiona po raz kolejny.

- Helikopter, kiedy spadnie na ziemię, przyciąga kule niczym magnes– mów Scott. - Wszystko dlatego, że jest taki duży.

Podczas gdy Cunningham wraz z sanitariuszem ze 160-ki robili wszystko, by zatamować utratę krwi u rannych kolegów, ogień wroga zaczął się nasilać. Wreszcie, jakieś 15 metrów od wraku spadł pierwszy pocisk moździerzowy, którego odłamki zagrzechotały o kadłub śmigłowca.

Mniej więcej po czterech godzin od rozbicia się Chinooka, Cunningham stwierdził, że luk transportowy maszyny jest już zbyt niebezpieczny dla jego pacjentów. Używając naprędce stworzonych, prowizorycznych sań, przeciągnął rannych kolegów do osłoniętego przez skały punktu z dala od miejsca katastrofy. Siedmiokrotnie przekraczał przy tym odkryte pole pod ostrzałem wroga.

Siły szybkiego reagowania wylądowały mniej więcej niż 100 metrów od dobrze ufortyfikowanego punktu dowodzenia nieprzyjaciela, który znajdował się na szczycie wzgórza „Ginger". Ogień wroga raził ich szczególnie mocno właśnie z tamtej pozycji, tam również prawdopodobnie znajdował się wrogi moździerz, który coraz bardziej zagrażał amerykańskim żołnierzom. W tej sytuacji dowódca grupy postanowił przeprowadzić kontratak na wrogi bunkier. Oczywiście, Cunningham jako jeden z pierwszych zgłosił się na ochotnika. Nie dostał jednak pozwolenie na udział w ataku, gdyż na miejscu potrzebne były jego umiejętności medyczne.

Rangersi dali z siebie wszystko, mimo to atak załamał się z powodu głębokiego śniegu, zalegającego zbocze. Na szczęście bunkier i znajdujący się w nim bojownicy zostali zniszczeni przez amerykański samolot, podczas jednego z niezliczonych tego dnia misji bliskiego wsparcia.

- Kiedy nasi chłopcy wezwali pomocy, odpowiedzieli chyba wszyscy znajdujący się w pobliżu – komentuje Scott.

Samolot wsparcia ogniowego AC-130U Rangersi, w większości żołnierze, którzy znajdowali się wcześniej w niejednej walce, byli pełni podziwu dla precyzji, jaką wykazali się lotnicy udzielający im pomocy w tej bitwie. Zaraz na początku starcia nad ich głowami zaczął krążyć samolot wsparcia ogniowego AC-130, którego pociski, wystrzeliwane z zamontowanej na pokładzie śmiertelnie groźnej automatycznej haubicy 105 mm, zmusiły bojowników Al-Kaidy do trzymania głów tuż przy ziemi. Niestety, nieubłagany świt zmusił powolnego AC-130 do powrotu do bezpiecznej bazy. Pałeczkę przejęły latające wysoko myśliwce bombardujące F15 Strike Eagle i F16 Flying Falcon, które raz po razie zrzucały potężne bomby z aptekarską wręcz dokładnością na wrogie pozycje.

Przenieście ogień bliżej!!!
Wsparciem ogniowym, jakie tego dnia niszczyło pozycje wroga, kierował wysunięty obserwator sił specjalnych, noszący kryptonim Slick 01. To na jego barkach spoczywała odpowiedzialność, aby bomby zrzucane z wysokości ponad 1000 metrów przez krążące myśliwce spadły na wrogie pozycje, a nie na głowy amerykańskich żołnierzy. Niektóre z nich bomb wybuchały nie dalej niż 100 metrów od pozycji amerykańskich, mimo nie stwierdzono, by strona amerykańska poniosła od nich jakiekolwiek straty.

Podczas walki Slick 01 został ranny, nie przestał jednak kierować ogniem.

Pułkownik Burt „Divot” Bartley, dowódca 18-go Dywizjonu Myśliwskiego z bazy USAAF w Eielson na Alasce, był pilotem jednego z pierwszych myśliwców, jakie pojawiły się nad polem walki.

F-16 Fightning Falcon nad górami Afganistanu.Później tak opowiadał o chwili, gdy jego F16 Fighthing Falcon, wyjąc silnikiem, pojawił się nad celem: - Nie było czasu, aby się obijać. Ton głosu obserwatora w dole sprawił, że ciarki przeszły mi po plecach... Oprócz jego wskazówek, słyszałem też, jak opróżnia magazynek za magazynkiem w kierunku wrogich żołnierzy.

Głos obserwatora donosił o celach w „niebezpiecznie małej" odległości od jego pozycji. Bartley mówi, że Slick 01 w pewnej chwili określił ten dystans jako dwie długości helikoptera. Jest to w przybliżeniu 40 metrów, jeśli brać pod uwagę długość MH-47E Chinooka. Następnie obserwator kazał mu przenieść ogień jeszcze bliżej swojej pozycji. - W pewnej chwili usłyszałem w słuchawkach - "WHOOOA! To był dobry strzał! Teraz przenieś ogień bliżej tego drzewa!” Według mnie, bliżej już nie można było celować – mówi Bartley. - Zrzucenie pięćsetfuntowej bomby nawet odrobinę bliżej oznaczałoby pewną śmierć Slicka 01.

Obserwator był tego w pełni świadomy i jeszcze raz potwierdził podane chwilę wcześniej koordynaty celu. Bomba, która miała w nie trafić, nie została jednak nigdy zrzucona na cel. Na szczęście dla Slicka 01! W zamian za to Bartley i liczący dwie maszyny klucz F15E Strike Eagles z 4-go Skrzydła Myśliwskiego, zrzucili bomby tuż za północno-zachodnią stroną wzniesienia, gdzie niewielki wierzchołek skalny osłaniał amerykańskich żołnierzy przed kontratakiem wroga. Razem, wszystkie cztery będące wówczas w powietrzu nad miejscem akcji myśliwce, wystrzeliły na nieprzyjaciela 2000 pocisków kalibru 20 mm.

Barley nie ma wątpliwości, że Slick 01 zasłużył tego dnia na najwyższe wojskowe odznaczenia. - Jeśli za swe dokonania nie otrzyma Medalu Honoru (najwyższe odznaczenie wojskowe armii USA), to zdziwię się, gdy ktokolwiek będzie wiedział co może je zapewnić!

- Nigdy wcześniej nie widziałem, by wsparcie lotnicze było kierowane tak blisko własnych pozycji! – mówi starszy stopniem pilot USAAF, który całe zdarzenie obserwował dzięki kamerom do monitorowania ognia zamontowanych na biorących udział w akcji myśliwcach.

Pomimo całego wsparcia z powietrza, sytuacja na ziemi wciąż była zła.

- W ciągu kolejnych dwóch godzin walka zamieniła się w typową walkę ogniową – mówi Scott. – Nieprzyjaciel bezustannie zmieniał pozycje, próbując oskrzydlić obrońców.

Czerwona strużka na białym śniegu
W tym czasie wróg jeszcze dwukrotnie zmusił Cunninghama do zmiany lokalizacji prowizorycznego punktu opatrunkowego, przy czym sanitariusz ponownie był wystawiony na nieprzyjacielski ogień. Podczas ostatnich przenosin rannych kolegów, sanitariusz polowy ze 160-ki został dwukrotnie trafiony w brzuch.

Wkrótce potem, o 12.32 po południu, szczęście opuściło również Cunninghama. Nieprzyjacielski pocisk trafił go tuż poniżej kamizelki kuloodpornej, gdy zajmował się jednym ze swoich ciężko rannych kolegów. Kula weszła w ciało nisko z prawej strony i przebiła miednicę, wyrządzając wewnątrz szereg poważnych obrażeń.

- Bez natychmiastowej pomocy medycznej jest to rana śmiertelna – mówi Scott.

Cunningham, będący wyjątkowo dobrze wyszkolonym sanitariuszem, musiał wiedzieć, że jest w poważnych tarapatach. Mimo to, nie zwracając uwagi na swój pogarszający się z minuty na minutę stan, zajmował się swoimi pacjentami oraz udzielał szybko porad mniej doświadczonym kolegom, jak obchodzić się z ciężko rannymi. Wszystko to, czego nauczył się w bazie pod okiem lekarzy, jak również decyzja o zabraniu krwi do transfuzji na pole walki, przynosiło teraz ogromne korzyści. Jeden z dwóch zabranych pakietów krwi uratował życie ciężko rannemu Rangersowi. Drugi pakiet został podany samemu Cunninghamowi przez ostatniego w pełni sprawnego sanitariusza, który widział jak życie wycieka z rannego kolegi czerwoną strużką krwi na ośnieżone zbocze wzgórza…

Tymczasem na tyłach, w bazie, prawda o sytuacji w dalekich górach dotarła do znajdującego się nieopodal szpitala chirurgicznego.

- Słyszeliśmy już o tym, że jeden z medyków ze 160-ki został trafiony, i że inny sanitariusz jest również kilkukrotnie ranny – mówi Burlingame.

Gdyby tylko helikopter medyczno-ewakuacyjny mógł wylądować w na polu bitwy i zabrać ciężko rannych towarzyszy w bezpieczne miejsce, do świetnie wyposażonego szpitala chirurgicznego, Cunninghama wciąż można by było uratować.

- Dowodzący akcją bardzo chciał wydać rozkaz ewakuacji drogą powietrzną ciężko rannych żołnierzy z pola bitwy. Niestety, było to niemożliwe. – mówi Scott.

Było wczesne popołudnie, do zapadnięcia zmroku dowódcy rozkazali nie podejmować żadnych prób ratowania walczących żołnierzy. Ta decyzja podyktowana była chęcią nie narażania kolejnych istnień ludzkich, gdyż wysłanie w rejon walk kolejnych śmigłowców bez wsparcia ciężkiej broni byłoby zbyt ryzykowne. Prawdopodobnie decyzja ocaliła życie wielu ludziom. Przypieczętowała jednak los Cunninghama…

Wraz z upływem godzin, młody ratownik słabł coraz bardziej z powodu utraty krwi. Siedem godzin po postrzale sanitariusz rozpoczął reanimację Cunninghama. Trwało to około 30 minut, dopóki nie stało się jasne, że już nic więcej nie można było dla niego zrobić. Byli inni, których można było jeszcze uratować. Około 20.00 4 marca 2002 roku, Jason Cunningham zmarł w wyniku odniesionego postrzału, będąc tym samym pierwszym ratownikiem bojowym sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych, który zginął na polu walki od czasu konfliktu w Wietnamie.

Kiedy zapadła noc, ogień nieprzyjaciela osłabł. Wsparcie lotnicze, jak również wyjątkowe umiejętności bojowe pozostałych przy życiu i mogących walczyć Rangersów i Seals, powoli zaczęły przynosić wreszcie efekty. Po walce stwierdzono, że bojownicy stracili od 40 do 50 ludzi.

Ciemności przyniosły wybawienie oblężonym Amerykanom. Podczas gdy siły powietrzne nie przestawały okładać ogniem wrogich pozycji, niebo zaroiło się od transportowych MH-47E. Trzy z nich wylądowały, aby wziąć na pokład żywych i rannych, oraz by zabrać ciała poległych amerykańskich żołnierzy. W opasłych brzuchach potężnych Chinooków wracało siedmiu martwych Amerykanów.

Tymczasem w bazie w Bagram personel medyczny przygotowywał się do przyjęcia dużej ilości rannych. Rozeszła się wieść, że jedną z ofiar starcia jest Cunningham, ale dopóki bitwa wciąż trwa, tego rodzaju informacje są podczas wojny zawsze mało precyzyjne.

Kiedy śmigłowce dotarły do bazy, Burlingame oraz pozostali lekarze mieli pełne ręce roboty przy rannych żołnierzach. Wszyscy ranni w tej akcji żołnierze, którymi opiekował się Cunningham i pozostali medycy, zostali uratowani…

W samym środku walki - aż do końca...
Dopiero po opatrzeniu i zoperowaniu rannych, Burlingame mógł pójść do namiotu stojącego przed wieżą kontrolną lotniska, gdzie w czarnych workach leżały zwłoki siedmiu poległych tego dnia amerykańskich żołnierzy. Jako szef personelu medycznego bazy, Burlingame miał obowiązek dokonać wszelkich formalności, związanych z poniesionymi stratami.

Lekarz rozsuwał kolejno błyskawiczne zamki czarnych, plastikowych worków. W każdym przypadku musiał dokładnie obejrzeć i opisać przyczyny śmierci poległego żołnierza. Wszyscy zabici tego dnia zginęli w wyniku postrzałów z broni ręcznej lub od niewielkich, ale śmiertelnych ran poczynionych przez odłamki granatów moździerzowych. Z każdym kolejnym otwarciem zamka czuł niewielką ulgę, że nie jest to jednak ciało Cunninghama.

- Miałem coraz większą nadzieję, że jednak przeżył – opowiada.

W końcu stanął przed ostatnim workiem. Otworzył go i zobaczył martwą twarz przyjaciela. To było zbyt wiele nawet dla kogoś przywykłego do kontaktu ze śmiercią tak jak on. Załamał się.

- To był chyba najmniej profesjonalny moment w całej mojej lekarskiej karierze – przyznaje Burlingame.- Była to dla mnie bardzo, bardzo ciężka chwila…

Air Force Cross, najwyższe odznaczenie bojowe, przyznawane członkom USAAF. Pośmiertnie odznaczono nim starszego lotnika, Jasona D. Cunninghama. Uroczystość wręczenia medalu odbyła się 13 września tego roku.Wszyscy, którzy znali Cunninghama, byli rozdarci bólem. Zdawano sobie jednak sprawę, że to dzięki niemu Burlingame musiał otworzyć siedem, a nie siedemnaście worków z ciałami. Decyzje, które tego dnia podjął na polu walki Cunningham, uratowały życie 10 żołnierzom. 13 września tego roku Jason D. Cunningham został pośmiertnie odznaczony Krzyżem Zasługi Sił Powietrznych (Air Forces Cross), odznaczeniem tylko o włos mniej zaszczytnym od Medalu Honoru.

W uzasadnieniu odznaczenia napisano: …dzięki Jego nadzwyczajnemu bohaterstwu i odwadze, zespół medyczny mógł utrzymać przy życiu na polu walki i dowieźć ciężko rannych żołnierzy do zbawczego w tej sytuacji szpitala na tyłach…

Jego koledzy pocieszają się faktem, że ich przyjaciel zginął wykonując pracę, którą tak kochał…

- Był w samym środku tego wszystkiego i aż do końca wykonywał swoją pracę – mówi na zakończenie Scott. – Jason był dokładnie tam, gdzie chce być każdy ratownik polowy. Był tam, gdzie potrzebowali go ci, którzy liczyli na jego pomoc. I nie zawiódł ich …

Sean D.Taylor, korespondent wojenny "The Times"

Tłumaczenie: Mazio

Partnerzy

Shooters.pl

Americas Army

Ankieta

Co sądzisz o wyglądzie nowych map ?

  • Do gustu przypadła mi mapa ShantyTown

    31%

  • Do gustu przypadła mi mapa Stronghold

    61%

  • Nie podoba mi się żadna z przyszłych map

    8%