Bracia krwi

2009-08-13 21:57:37

Zespół SOG Vermont, wypełniający podobne zadania, co zespół Washington, o którym mowa we wspomnieniach McCombsa. Od góry: SGT Charles J. Hein Uwagi: Mike McCombs był dowódcą, lub inaczej "0-1", patrolu Washington (wchodzącego w skład SOG, Studies and Observations Group - przyp. tłum.) . Pan Weet, Montegnard z plemienia Jarai, był tłumaczem i bratem krwi Mike'a. Pan Weet zginął podczas patrolu na początku kwietnia 1972 roku.
Mike McCombs zmarł 31 marca 1997 roku.

Dobra misja. Wylądowaliśmy trzy dni temu, by poszukać czołgów. Znaleźliśmy je tam gdzie przypuszczano, że będą. Wygląda na to, że wkrótce ruszą na wschód, więc mamy zamiar wrócić do bazy wcześniej. Musimy komuś powiedzieć. Wielkanoc '72, termin, o którym tyle mówiono w Sajgonie, wydaje się być właściwy. Mamy zdjęcia T-54, by udowodnić nasze znalezisko. Trzydzieści sześć czołgów, mnóstwo paliwa, mnóstwo żołnierzy, z których tylko nieliczni zachowują wystarczającą ostrożność. Sprzyjająca nam okoliczność. Nawet nie wiedzą, że tu byliśmy. Perfekcyjna akcja! Trzecia z rzędu dla mnie i zespołu. Weet jest przede mną, uśmiechamy się do siebie. Zespół spisał się znakomicie!

Jesteśmy dobre 10 kilometrów na NNE od celu misji i może pięć od punktu ewakuacji. Dżungla jest gęsta, odpoczywamy, i tak się nigdzie nie wybieramy do jutra rana. Jest popołudnie. Jesteśmy nieco zbyt niedbali, lecz w dalszym ciągu cisi i postępujemy zgodnie z procedurami. Nie czas na odprężenie. Rozłożyliśmy się w gąszczu kilometr od lądowiska. Po żarciu obejmuję wartę, można się porządnie wyspać. Świtem porozmawiałem z Olsonem, gdy las jest najgłośniejszy i najłatwiej robić takie rzeczy. Jesteśmy całkiem szczęśliwymi kolesiami. Pokochają nas za to. Czołgi, człowieku! Mamy zdjęcia pieprzonych czołgów! Pierwszy raz, dla każdego z nas. Weet osłaniał moją szóstą, gdy podchodziliśmy, więc to i jego zasługa. Wszyscy jesteśmy szczęśliwymi kolesiami.

Wstajemy wcześnie, zbieramy się i kierujemy w stronę punktu ewakuacji. Pong na szpicy, Weet ze strzelbą drugi, ja jako trzeci. Olson z radiem idzie za mną, Drog na końcu, zaś Puck zaraz przed nim. Daję znak i ruszamy. Ładny poranek, słoneczny, lecz nie jest gorąco - jeszcze. Niedługo będzie żar. Wypatrujemy naszych samolotów i śmigłowców.

POP! KABOOOOOM! Kurwa! Weet pada jak kamień, jego kawałki lecą we wszystkie strony. Padnij! Pong nie żyje! Z krwi i ziemi zrobiło się błoto. Cholera! Pierdolona mina! Nie warto przejmować się pierwszą pomocą. Z żadnego nie zostało tyle, by można było założyć opatrunek. Kurwa! Weet był moim najlepszym człowiekiem. Dobry, mały gnojek dzięki któremu podszedłem do Yardów bez uprzedzeń. Ma przesrane. Cholera!

Obchodzę pozostałych trzech i się rozglądam. Skacząca Betty. Pierdolona mina. Pong był naszą nową szpicą. I był w tym dobry. Musiał na nią nadepnąć i dorwała ich obu. Nie na szlaku, lecz w środku dżungli. Pole minowe? O cholera! Co teraz? Obracam się by powiedzieć pozostałym, aby uważali, lecz są oni daleko przede mną. Dorwali Weeta! Mojego Weeta! Kurwa! Kurwa! Kurwa!

Nic się na to nie poradzi. Trzeba ściągnąć z nich oporządzenie, mapy, wszystko. Nie można zostawić nic dla NVA. Ból zaczyna się głęboko w środku. Dorwali Weeta! Ból w bebechach, który nie zniknie, może nigdy. Mam jego kawałki na koszuli. Kurwa mać! Dorwali Weeta.

Wysłać Droga, żeby znalazł bezpieczną drogę przez pozostałe kilkaset metrów do lądowiska. Powiedzieć Olsonowi, żeby powiadomił śmigłowce, że lądowisko może być zaminowane, by pozostały w niskim zawisie i nie lądowały. Przekazać pierdolonemu światu by POSZEDŁ DO DIABŁA! Weet odszedł! Kurwa! Nie ma do kogo strzelać. Niema kogo przeklinać. Nic, tylko ból promieniujący z bebechów. Czuję się tak źle jakby miał mnie rozsadzić. Nie Weet. O dobry boże, nie Weet! Kurwa!

Nasza odzież jest wyraźnie mundurowa i widać, że nie jest z Północy. Nie da się jej jednak ściągnąć ze szczątków. Zresztą mój żołądek by tego nie wytrzymał. Obaj byli moimi przyjaciółmi. Szczególnie Weet. Jestem na krawędzi załamania. Czuje jakby moje serce miało zaraz pęknąć. "Weeeeeeeeeeeeeeeetttt!!!"

Olson każe mi zamknąć mordę. Cholera! Ja to naprawdę powiedziałem, nie pomyślałem! Kurwa! OK, muszę pomyśleć. Wyciągam dwa granaty z białym fosforem, po jednym dla każdego z przyjaciół leżących na ziemi. Drog wraca, więc daję znak Puckowi i wręczam mu jeden wskazując na Ponga. Rozumie. Nie możemy tu zostać. Hałas wkrótce kogoś przyciągnie. Nie możemy ich też zostawić tak jak są. Oni wykorzystują ciała. Nie pozostawimy im tyle, żeby mogli ich użyć. Weet by tak dla mnie zrobił. Kurwa!. Dorwali Weeta!

Podkładamy granaty. Ruszamy za Drogiem w stronę lądowiska. Śmigłowce się zbliżają, trzeba się śpieszyć. Zaczyna działać nadajnik, gdy wybuchają granaty. Zatrzymuję się, odwracam i zaczyna płakać. Pieprzona strefa wojenna z nadciągającymi VC, płaczę. Dorwali Weeta, człowieku. Nic już nie będzie w porządku. Wszystko jest do dupy. Weet!

Puck popycha mnie, zbieram się w sobie i ruszam do lądowiska. Nadlatują śmigłowce więc biegniemy, modląc się by nie trafić na miny. Powiedzieć pilotom szturmowych, żeby ostrzelali ogień wzniecony granatami fosforowymi. Może jakieś gnoje się pokażą i ich dorwiemy. A może nie. Nie zależy mi. Nie wiem czy kiedykolwiek będzie mi zależeć. Weet jest tam na dole. Mój brat. Cholera!

Nabieramy wysokości, a strzelec kieruje swoje M60 w dół. Sprawdza boki i patrzy na mnie, siedzącego obok w drzwiach. Blednie. Ach! Wiem, mam wciąż kawałki Weeta na sobie, lecz on wpatruje się w moje krocze. Patrzę w dół, moje krocze jest jasno czerwone, świeża krew. Moja. Strach! Nic nie czułem. Zapomniałem o Weecie. Dostałem! W pieprzone jaja!!! No cholera!

Zaczyna się ból. Myśli o Weecie musiały go stłumić! Mocny ból! O mało nie wypadam za drzwi. Olson łapie mnie i wciąga do środka. Wycina materiał z krocza spodni i blednie, tak jak strzelec pokładowy. Drog, Olson i strzelec zaczynają wpychać opatrunek. Widzę jak ten ostatni drze się w swój mikrofon. I nic więcej nie pamiętam.

Odzyskuję przytomność w jakimś szpitali w Pleiku. Nie ma mojego oporządzenia, kieszenie mam puste. Dwóch gości podnosi mnie na noszach i wchodzą do budynku Zerkam na pachwinę i widzę krew cieknącą z opatrunku. O cholera. Najpierw Weet, teraz ja. Pewno przeżyję, lecz bez fiuta i jaj. Kurwa! Chciałem więcej dzieci! Pieprzony eunuch w wieku dwudziestu dwóch lat! To niesprawiedliwe, to nie jest sprawiedliwe!

Podchodzi lekarz. Nadeszła jego kolej, by zblednąć. Krzyczy by przygotować stół i ściągą opatrunki, żeby przyjrzeć się ranie. Doktor nie wygląda najlepiej, a ja nie mogę się przyjrzeć. Powoli jego twarz zaczyna nabierać kolorów. Patrzy mi w oczy i mówi, że kawał ze mnie szczęśliwego skurwysyna. Znów zemdlałem

Następnego dnia budzę się w Kontum z dwudziestoma szwami w pachwinie, zszywającymi ranę po średniej wielkości odłamku. Samego odłamku tam nie ma i, przypuszczam, nigdy nie było. Okazało się, że rany pachwiny krwawią tak mocno jak rany skóry okrywających czaszkę. Jestem w pielusze. A Weet odszedł. Nigdy go więcej nie zobaczę. Nikt go już nie zobaczy.

Weet był moim bratem. Moim małym bratem z plemienia Jarai. Razem żyliśmy, spaliśmy, śmialiśmy się, płakaliśmy, baliśmy się, wkurzali, upijali. Wszystko robiliśmy razem. Przeniósł się nawet z patrolu California do patrolu Washington, gdy objąłem jego dowodzenie. I z mojej winy rozsmarowało go na pół akra kambodżańskiej dżungli. Pierdolona wojna. Głupia, pierdolona wojna!

Odłamek, którym dostałem, przeszedł przez niego. Jego ciało i krew zmieszały się z moim ciałem i krwią na zawsze. Nasze dusze już wówczas były związane. Bracia ciałem, bracia duchem. Bracia krwi w każdym znaczeniu.

Będę dziś w nocy tęsknił znów za tobą Weet. Myślę, że zawsze będę.


Wspomnienia "Blood Brother" Mike'a McCombsa, Sr. ukazały się w 1994r., w listopadowym numerze The NamVet Newsletter, wydanym przez G. Josepha Pecka.
Tłumaczenie: Wukasz

Partnerzy

Shooters.pl

Americas Army

Ankieta

Czy podoba Ci się AA: Proving Grounds ?

  • Super zamierzam grać ile wlezie

    0%

  • Gra nie jest idealna ale zamierzam dać jej szansę

    0%

  • Nie podoba mi się wcale i nie zamierzam grać w AA4

    0%