Most śmierci

2009-08-13 21:21:00

Wiatr stawał się coraz silniejszy, wszystko wokół zlane było dziwnie żółto-szarą poświatą. Zbliżała się burza piaskowa. Niesamowita cisza po nocy strzelaniny, aż dzwoniła w uszach, szarpiąc nerwy. Z trudem szedłem po gorącym, zakurzonym asfalcie drogą do mostu w Nasirji. Czekał tam na mnie przerażający widok.
Około 15 samochodów, wliczając minivana i parę ciężarówek, blokowało drogę. Wszystkie były podziurawione niczym sito. Kilka spłonęło i zamieniło się w stertę czarnego pogiętego złomu. Inne wciąż trawił ogień.
Wśród tego pobojowiska odnalazłem ciała 12 cywili. Leżały na drodze i w rowach na poboczu. Wszyscy prawdopodobnie próbowali uciec w nocy z tego południowego miasta. Prawdopodobnie wszyscy zostali zabici w trakcie ataku amerykańskiej artylerii i helikopterów.
Ich błąd polegał na tym, że wybrali sobie właśnie tę drogę. Taktycznie ważny dla zaopatrzenia aliantów most chroniony przez grupę niedoświadczonych marines, którzy mieli rozkaz strzelania do wszystkiego ci się rusza.
Jedno z ciał wciąż płonęło, nieprzyjemnie skwiercząc. Na piersi dostrzegłem grubo wypchany portfel zamieniający się powoli w popiół. Pewnie oszczędności.
Dalej na drodze, mała dziewczynka, nie mogła mieć więcej niż pięć lat. Ubrana w śliczną złoto pomarańczową sukienkę, leży na poboczu tuż obok ciała mężczyzny, który mógł być jej ojcem. Z jego głowy została tylko lewa strona.
Tuż obok w starej, nafaszerowanej kulami Wołdze, leży na tylnym siedzeniu martwa kobieta, prawdopodobnie matka dziewczynki.
Abrams z napisem Ghetto Fabulous przejechał tuż obok.
To nie jedyna rodzina, która próbowała tej ostatniej szansy ucieczki. Widzę ojca, maleńką dziewczynkę i chłopca leżących przy sobie niczym w grobie. Na samym moście leży mężczyzna tuż obok szczątków swojego osła.

Nagle pojawił się tuż obok porucznik Matt Martin, którego trzecie dziecko Isabella, urodziła się gdy on wpływał do Zatoki Perskiej.
Widziałeś to wszystko? – zapytał. Jego oczy były pełne łez. Widziałeś tą małą dziewczynkę? Przeniosłem ją i pogrzebałem – przynajmniej tyle mogłem zrobić. To naprawdę wstrząsające widzieć dzieci umierające w ten sposób, ale nie mieliśmy wyboru.

Poruszenie Martina kontrastowało jednak z gorzką satysfakcją innych marines, którzy w międzyczasie pojawili się obok nas. Irakijczycy to chorzy ludzie, a my jesteśmy ich chemioterapią – powiedział szeregowy Ryan Dupre. Zaczynam nienawidzić tego kraju. Niech tylko złapię jakiegoś Irakijczyka. Nie. Nie złapię, od razu go zabiję.
Zaledwie kilka dni wcześniej byli zwyczajnymi chłopakami, z którymi przekraczałem granicę Iraku. Jechaliśmy razem do Nasirji, strategicznego miasta nad Eufratem, by zabezpieczyć szlak zaopatrzeniowy dla głównych sił uderzających na Bagdad.
Oczekiwali powitania lub co najmniej szybkiego poddania się Irakijczyków. Zamiast tego znaleźli się w centrum krwawej bitwy, w której koalicja poniosła największe do tej pory straty – 16 zabitych, 12 rannych i dwóch zaginionych marines oraz pięciu zabitych i dwunastu rannych członków służb zaopatrzeniowych. Na dodatek upokorzył ich widok amerykańskich jeńców pokazywanych w irackiej telewizji.
W Nasirji są trzy główne mosty. Wyczyn Martina, Dupre i ich kompanów –obrona tych mostów mimo bardzo silnego ognia nieprzyjaciela - porównany został przez „biurkowych” strategów do ocalenia mostu Remagen na Renie, które w znaczny sposób przyczyniło się do pokonania Niemców podczas drugiej wojny światowej.
Był to jednak także punkt zwrotny, po którym ta grupa młodych Amerykanów zapomniała o wszystkich swych wcześniejszych wyobrażeniach o wojnie i stała się zeźlonymi agresorami, dla których najlepszym rozwiązaniem byłoby zrzucić bombę atomową na cały ten kraj.

Żaden z nich nie brał udziału w naradzie, która odbyła się w Caml Shoup, jednym z wojskowych obozów w północnym Kuwejcie. Oficerowie pierwszego i drugiego batalionu liczącej 7000 ludzi Task Force Tarawa spędzili tam całą noc nad mapami i zdjęciami satelitarnymi przygotowując inwazję.
Plan wydawał się prosty. Marines szybko pokonają 130 mil pustyni od granicy Kuwejtu i dotrą do Nasirji z południowego wschodu, by bronić mostu na Eufracie. Następnie zajmą położony na północnych obrzeżach Nasirji most na kanale Inahr-al-Furbati. Na koniec skierują się na zachód i zabezpieczą trzeci most, również na kanale. Nie będą wchodzić do miasta.
Wtedy koalicja będzie mogła zacząć transport tysięcy żołnierzy i wsparcia logistycznego prowadzącą do Bagdadu autostradą nr 7, położoną 225 mil na północ.
Było tylko jedno niebezpieczeństwo, stanowiąca doskonałe miejsce zasadzki droga łącząca dwa pierwsze mosty. Wywiad zapewniał jednak, że nie powinna ona stanowić problemu, gdyż z uwagi na to, że wschodnia część miasta jest w większości proamerykańska, oporu w tym rejonie nie należy się spodziewać.
Towarzyszyłem wtedy kompanii Alpha. Dotarliśmy do przedmieść Nasirji rankiem, w niedzielę. Wielu żołnierzy było zawiedzionych tym, że muszą uczestniczyć w misji, która wydawała się być tylko tłem głównych aktów tej wojny.
Nie spodziewając się zupełnie okropności, które nas czekały, zatrzymaliśmy się około 3 mil przed miastem.
Wcześniej tego ranka amerykański konwój natknął się grupę Irakijczyków w cywilnych ubraniach. Wszystko wskazywało na to, że chcą się poddać. Kiedy marines zatrzymali się, Irakijczycy wyciągnęli AK-47 i ostrzelali ich bez litości.
Uratowaliśmy pięciu rannych żołnierzy, w tym jednego z czteroma ranami postrzałowymi. Irakijczycy należeli zapewne do fedajnów – piętnastotysięcznej organizacji fanatycznych zwolenników Saddama, dowodzonych przez jego psychopatycznego syna Udaya.
Rozerwane opony, kałuże krwi, mnóstwo łusek i rozbitego szkła znaczyły miejsce zasadzki. Nasze AAV (dwudziestotrzytonowe amfibijne pojazdy szturmowe) szybko zajęły pozycje obronne. Wyskoczyło z nich około 100 marines, w pośpiechu szukających dowolnego ukrycia. Wycelowali broń w lepiankę, zastanawiając się czy tam schronił się nieprzyjaciel. Kilku żołnierzy zbliżyło się ostrożnie do jej wejścia. Nagle wybiegło tamtędy około 10 cywilów, głownie kobiet i dzieci z podniesionymi rękoma.
To tylko garstka Hajis – powiedział jeden ze strzelców, używając popularnego wśród żołnierzy przezwiska dla Arabów – Pieprzone kobiety i dzieci, to wszystko.
Helikoptery zaczęły atak rakietowy na obrzeżach miasta. Obłoki dymu całkowicie przesłoniły widoczność, gdy potężne eksplozje wstrząsnęły ziemią tuż pod naszymi stopami.
Echo wystrzałów odbijało się od wielkiego wysypiska śmieci położonego przy wejściu do miasta. Nagle usłyszeliśmy strzały obrońców ukrytych wśród trzech ogromnych zbiorników ropy w pobliskiej rafinerii. Cobry momentalnie zawróciły przelatując nad naszymi głowami. Ich rakiety wymalowały niebo czerwonymi liniami.
Jeden ze zbiorników wybuchł, wystrzeliwując płomienie wysoko w niebo. Wydało się niemożliwe, by ktoś w jego pobliżu mógł przeżyć. Naprzód! Naprzód! – krzyczał jeden z oficerów.
Ponad 20 AAV, kilka czołgów i około 10 Hummerów wyposażonych w montowane na dachu wyrzutnie rakiet przeciwpancernych ruszyło do przodu. Wewnątrz około 400 marines. Wyglądali przez włazy celując z m16 we wszystkich kierunkach.
Gdy zbliżaliśmy się do wschodniej strony miasta, nie mieliśmy pojęcia jaki „sajgon” czeka nas dalej. Kilku miejscowych ze spokojem przyglądało się przerażającej, amerykańskiej machinie wojennej. Nikt nas nie pozdrawiał.
Powoli zbliżyliśmy się do pierwszego mostu. Ogień płonął po obu stronach drogi. Cobry zniszczyły iracką ciężarówkę wojskową i jeden czołg T55. Wewnątrz pojazdu wciąż wybuchały płonące pociski i paliwo. Po każdej eksplozji z wieżyczki unosił się idealnie okrągły, czarny obwarzanek gęstego dymu.
Zobaczyliśmy opuszczone stanowisko irackiej obrony. Cobry przeleciały nad niewielką oazą drzew palmowych i położonych wśród nich lepianek. Wjechaliśmy na most. Gdy tylko przekroczyliśmy Eufrat, oczom naszym ukazał się gigantyczny portret Saddama wymalowany na jednym z domów. Kilku żołnierzy wyciągnęło swe aparaty fotograficzne.
Nagle, gdy zbliżyliśmy się do wąskiej alejki dochodzącej do mostu, tuż obok odezwało się AK-47. Nasz AAV zaczął jechać zygzakiem, by uniknąć ewentualnego ostrzału z RPG.
Droga poszerzyła się, zmieniając w niewielki placyk z meczetem i kolejnym portretem Saddama po lewej stronie. Pojazdy zatoczyły krąg i zajęły pozycje obronne tyłem do siebie, jednocześnie zaczynając ostrzał.
Byłem w AAV o numerze A304, czule nazwanym Pustynny Koszyk. Cały trząsł się, gdy strzelec Keith Bernize miotał 40 mm pociski zdolne przebić mur i zniszczyć wszystko w promieniu kilku metrów od centrum wybuchu. W środku słychać było tylko puste odgłosy odrzucanych łusek.

Bernize, który zawsze nosił przy sobie zdjęcie USG swego nienarodzonego jeszcze dziecka, strzelał zza wieżyczki wyglądając przez wąską szparę chronioną kuloodpornym szkłem. Krzyczał do swoich ludzi, by podawali mu więcej amunicji. Czterech marines ustawionych w rogach pojazdu uwijało się jak w ukropie, niemal nie przerywając strzałów ze swych m16.
Ich twarze pokryte były potem. Oficerowie wykrzykiwali komendy przez polowe radiostacje podając pozycje wrogów. Około 200 żołnierzy, całkowicie nieosłoniętych przed ogniem wroga, spowolnionych przez ciężkie karabiny i skrzynie, które targali ze sobą, przebiegło obok nas próbując schować się za niewielkim murem. Kilka metrów dalej dostrzegłem oddział snajperów.

Wymiana ognia trwała wieczność. Tkwiliśmy tak przyszpileni ponad trzy godziny, gdy Irakijczycy ukryci w okolicznych domach i szpitalu za rogiem utrzymywali ogniową barykadę.
Mimo silnej przewagi Amerykanów pokonanie fedajnów nie było łatwe. Ich strzelcy nie nosili mundurów, ale przede wszystkim po prostu nieźle przygotowali tę zasadzkę. Rozmieścili działa w wielu domach i poruszali się między nimi bez przeszkód udając cywilów.
Nie jest dobrze – powiedział sierżant James Thompson biegający wśród żołnierzy ze swym 9mm pistoletem. – Nie wiemy kto do nas strzela. Wśród nich są nawet kobiety. Przed chwilą wyszła jedna z nich z podniesionymi rękami. Przez chwilę nie wiedzieliśmy co się dzieje i nagle widzę, że ona po prostu namierza nasze pozycje strzelcom ukrytym za rogiem. Naprawdę trudno się zorientować kto tu jest cywilem, a kto nie.

Po drugiej stronie placu kilku chyba prawdziwych cywilów biegło próbując ujść z życiem. Wielu z nich, w tym kilkoro dzieci nie uniknęło strzałów. Na jednym z balkonów dostrzegłem wcześniej zupełnie surrealistyczną scenę. Ojciec z matką stali tam z dziećmi na rękach oglądając walkę jak jakiś spektakl. Kilka minut później tuż przed tym budynkiem wybuchł amerykański granat moździerzowy. Prawdopodobnie teraz wszyscy nie żyją.

Walka była coraz cięższa. Zza worków z piasku około 400 metrów od naszych pozycji wyskoczył Irakijczyk. Wcześniej kilka raz udało mu się wystrzelić w naszym kierunku Bernie RPG. Bernize i jego kompani wystrzelili już tam setki pocisków, znacząc całą okolicę dziurami w murach.

Kapitan Mike Brooks, dowódca kompanii Alpha, unieruchomiony do tej pory tuż przed meczetem wezwał wsparcie czołgów. Uzbrojony jedynie w 9 mm pistolet wyskoczył nagle zza swojego pojazdu, a wraz z nim młody żołnierz, podążający za nim jak cień z radiostacją na plecach.

Trzydziestoczteroletni Brooks z Filadelfii w Pensylwanii dowodził tymi dwoma setkami żołnierzy trochę ponad rok. Wstąpił do armii gdy miał 19 lat, gdyż - jak twierdził - marnował sobie życie. Szukał drogi, którą powinien pójść i ujęło go poczucie dumy, jaką daje służba w armii.

Jest spokojnym, ale jednocześnie twardym facetem. Odważnym. Patrzyłem jak biegnie tuż przed kryjówką wroga, by dostać się do kilku swych podkomendnych oficerów i zorientować się w sytuacji. Tuż za nami pojawiły się wreszcie dwa sześćdziesięcioośmiotonowe Abramsy, miażdżąc w drobny mak barierkę oddzielającą jezdnie autostrady.

Ziemia zatrzęsła się gwałtownie, gdy jeden z nich, Pustynny Rycerz, zatrzymał się przed rzędem naszych AAV i wystrzelił w kierunku domów kilka pocisków 120 mm.

Kilkaset metrów od nas rozgrywała się właśnie kolejna tragedia. AAV z kompanii Charlie wracał właśnie w kierunku mostu, by ewakuować kilku rannych marines. Dostał dwoma RPG. Zatrząsł się cały, ale oparł się pociskom.

Wtedy Irakijczycy wystrzelili ponownie. Tym razem rakieta uderzyła niemal dokładnie we właz wejściowy na górze. Tej eksplozji nie mógł przeżyć nikt w środku. 10-krotnie silniej niż wcześniej wybuchła amunicja przechowywana z tyłu pojazdu.

Wrak płonął. Wyskoczyłem z naszego AAV i pod osłoną budynków pobiegłem w jego kierunku. Scena, którą zobaczyłem była zatrważająca.

Tylna klapa była cała rozerwana. Wszędzie było pełno krwi i szczątków ciał. Kilka nóg wciąż ubranych w specjalne pustynne obuwie leżało na przy rozerwanym włazie wśród kart do gry, porwanych, kolorowych pism, puszek Coca-Coli i poplamionego krwią, pluszowego misia.

Kurwa. oni nie żyją! Oni nie żyją! Słyszysz!? Boże. Idź tam. Idź i wyciągnij ich! – krzyczał histerycznie jeden ze strzelców.

Panika ogarnęła kilku młodych marines, którzy przybiegli na miejsce. Wrzeszcząc na siebie próbowali wyciągnąć z pojazdu to, co zostało z ich kolegów.
Dwóch z nich wsadziło szczątki na nosze i przeniosło na tył Hummera. Nosze jednak nie mieściły się tam i poszarpane nogi sterczały koszmarnie w powietrzu.

Nie powinno nas tu być – powiedział urodzony w Irlandii Północnej porucznik Campbell Kane. - Nie damy rady. Próbują nas wessać do miasta, a my nie mamy dostatecznego wsparcia. Potrzebujemy więcej czołgów, helikopterów.

Obok zniszczonego AAV inny młody żołnierz również nie potrafił poradzić sobie ze strachem powtarzając bez przerwy: O mój Boże. Nie mogę w to uwierzyć. Widziałeś jego nogę? Po prostu mu ją oderwało. Po prostu mu ją oderwało.

W tym momencie kilkaset metrów dalej wylądowały dwa helikoptery CH-46, by zabrać rannych i zabitych.

Jeśli nawet na początku marines brali sobie do serca rozkaz ochrony cywilów, to teraz, gdy walka stała się tak zaciekła, nie było czasu na takie rozterki. Cobry dostały rozkaz ostrzelania domów stojących najbliżej naszych pozycji. Po kilku głośnych eksplozjach ogień nieprzyjaciela umilkł.

Za nami kilka AAV, które próbowały pojechać wzdłuż brzegów Eufratu ugrzęzło w głębokim błocie. Zupełnie nieosłonięte.

Około trzynastej, po trzech godzinach ciągłej walki, padł rozkaz przegrupowania. Mieliśmy spróbować wyrwać się z miasta w konwoju. Kilku marines, którzy stracili swoje pojazdy schroniło się za naszym.

Przejechaliśmy tę pieprzoną aleję na pełnym gazie, trzymając się jak najbliżej domów. Mój kierowca dostał – powiedział jeden z marines, którzy do nas dołączyli, jego twarz i całe ubranie pokryte było błotem – Chciałem pójść i mu pomóc, ale wtedy dostał jeszcze raz z jakiegoś moździerza czy RPG. Nawet nie wiem ilu moich zginęło. Mam gdzieś to cholerne miasto, powinni zrzucić tu bombę atomową. Z jednego okna do nas machają, a z innego strzela AK-47. To jakieś szaleństwo.

Odetchnęliśmy dopiero po przekroczeniu drugiego mostu w północnej części miasta, około siedemnastej. Lecz wcale nie oznaczało to końca tych okropieństw. Wśród szczątków kolejnego zniszczonego AAV widziałem zwłoki czterech żołnierzy. Zmasakrowane kawałki ich ciał leżały wszędzie dokoła.

Jednym z nich był trzydziestojednoletni podporucznik Fred Pokorney. Oficer artylerii z Waszyngtonu. To był naprawdę wielki gość. Jego źle dopasowane spodnie były częstym przedmiotem żartów kolegów. To miał być jego wielki dzień. Po 13 latach służby miał dziś zostać porucznikiem. Wszyscy w kompanii Charlie umówili się, że będą mu gratulować po przekroczeniu drugiego mostu, gdy dzisiejsze zadanie zostanie wykonane.

Tak się nie stało. Po przekroczeniu drugiego mostu Pokorney ze swoimi ludźmi wpadli w pułapkę. Nie mieli szans. Wyładowany amunicją pojazd wybuchł na samym środku drogi. Pokorney dostał z RPG w samo serce.

Kolejnym z zabitych był Fitzgerald Jordan, sierżant sztabowy z Teksasu. Dziwnie się poczułem, gdy to usłyszałem. Spotkałem go dziesięć dni przed naszym wejściem do Nasirji. Zawsze żuł tytoń i szukał byle okazji, by silnie klepnąć kogoś w plecy. Prosił żebym przywiózł mu kilka gazet z Kuwait City. Później jechaliśmy razem przez pustynię na pace Hummera.

Był odznaczonym weteranem wojny w zatoce, Ciągle narzekał, że musi wracać do Iraku. Powinniśmy wkroczyć do Bagdadu 12 lat temu, gdy mieliśmy szansę wyeliminowania Saddama – mówił.

Teraz Pokorney, Jordan i ich koledzy leżeli tu jak w jakiejś piekielnej rzeźni. Jakiś starszy żołnierz szedł niosąc pokaźny kawałek ciała, tak zmasakrowany, że nie można było poznać jaka to część. Ze łzami w oczach, cały poplamiony krwią, niósł w ramionach szczątki kolegi aż w końcu ktoś podał mu ponczo, by mógł je w nie zawinąć.

Sanitariusze uwijali się jak w ukropie robiąc co w ich mocy, by ulżyć cierpieniom rannym, do czasu, gdy na środku autostrady wylądowały cztery helikoptery, by zabrać wszystkich do szpitala. Każdy ranny miał małą kartkę opisującą obrażenia. Jeden postrzał w głowę, inny w klatkę. Jeszcze inny po prostu leżał na boku, a na jego kartce były trzy słowa: Pilne, Operacja, Plecy.

Przed tygodniem większość tych młodych ludzi nie wiedziała jeszcze jak wygląda prawdziwa walka. Tylko nieliczni kiedykolwiek w życiu widzieli zwłoki. Teraz ich twarze zmieniły się. Gniew i strach podsycały plotki o tym, że ciała amerykańskich żołnierzy zostały rozwleczone po ulicach Nasiriji. Wielu płakało, inni szukali pociechy w Biblii.

Następnego ranka chłopcy z kompanii Alpha rozmawiali o walce podczas śniadania. Byli roztrzęsieni i nerwowo reagowali na każdy nieznany dźwięk. Podejrzewali każdy cywilny samochód, w tym taksówki, o to że Irakijczycy wykorzystują je do transportu amunicji. Gdy tylko jakiś samochód pojawiał się na drodze, w radiostacjach słychać było nerwowe prośby o zezwolenie na ostrzał. Dobę wcześniej wszystkie spotkałyby się z odmową. Dzisiaj nie.

W jednej chwili cywilne pojazdy były po prostu zmiatane z powierzchni ziemi. Czołgi i AAV stały wzdłuż drogi jeden obok drugiego. Siła ich ognia była przerażająca. Na dodatek kilka taksówek zostało zniszczonych przez helikoptery, które również się tu pojawiły.

Furgonetka wypełniona workami ze zbożem popełniła fatalny błąd jadąc w pobliżu amerykańskich oddziałów. W jednej sekundzie ogień karabinów maszynowych z kilku AAV niemal rozerwał ją na strzępy. Kierowca zginął od razu. Furgonetka kilka razy zakręciła i stoczyła się do rowu. Słyszałem potem, że podobno kierowca strzelał do żołnierzy. Byłem jednak zaraz potem przy niej i nie widziałem śladów broni.

Tak wyglądał początek dnia, w którym zginęło wielu cywilów. Po furgonetce pojawiła się większa ciężarówka. Ponownie otworzono do niej ogień. Zginęło czterech mężczyzn. Wieźli około 10 innych osób, głownie kobiety i dzieci. Wszyscy płakali, ochlapani krwią zabitych towarzyszy, Wiele godzin później widziałem tam jeszcze psa jednego z zabitych. Wciąż warował przy jego boku.

Marines ruszyli na zachód, by zająć koszary i zabezpieczyć trzeci most, swój trzeci cel w Nasirji.

W koszarach żołnierze wywiesili amerykańską flagę na posągu Saddama, ale pułkownik Rick Grabowski – dowódca batalionu rozkazał ją zdjąć. Obszedł koszary. Wszędzie leżały stosy rosyjskiej amunicji i setki irackich mundurów. Niektóre nowe, inne używane, porzucone w pośpiechu przez uciekających Irakijczyków.

W jednym z pomieszczeń wisiała mapa Nasirji z zaznaczonymi pozycjami obronnymi i dwoma wielkimi papierowymi strzałkami wskazującymi miejsce ataku Amerykanów. Dwa mosty. Nad mapą wisiało kilka laurek Saddama. Jedna z nich szczególnie poruszyła Amerykanów. Dwa cywilne samoloty uderzały w bliźniacze wieżowce.

Gdy znów zapadła noc niemal nikt nie mógł zmrużyć oka. Wszyscy obawiali się zasadzki. Dwa czołgi i trzy AAV ustawiono na północnym krańcu mostu. Ich działa wycelowane były w Nasirję. Żołnierze pełniący wartę mieli rozkaz strzelania do wszystkiego, co się porusza na kołach.

Piesi cywile mogli przejść bezpiecznie. Wielu jednak próbowało uciekać z miasta samochodami. Im szybciej jechali tym prędzej spotykał ich ogień z pilnujących mostu AAV. W czasie tej nocy wielokrotnie słyszałem serie wystrzałów, które przecinały cywilne samochody jak papier.

Następnego ranka zobaczyłem efekty tego rozkazu. Martwych cywili, małą dziewczynkę w ślicznej złoto pomarańczowej sukience.

Wtedy właśnie widok tych młodych żołnierzy, z którymi wkroczyłem do Iraku przypomniał mi pokolenie ich ojców - zabijaków z Wietnamu. Pokryci kurzem i błotem byli wycieńczeni, zestresowani i piekielnie agresywni.

Kilka dni później marines ustawili na moście rząd zniszczonych samochodów uniemożliwiający przejazd. Dzięki temu nie zginęło więcej cywili.

Wielu ciągle nie mogło się pogodzić z tym co zrobili. Niektórzy próbowali to sobie jakoś wytłumaczyć.
Ostrzeliwałem właśnie pozycje Irakijczyków, gdy nagle zza rogu wyszła kobieta z dzieckiem, które mogło mieć co najwyżej 10 lat. – mówił sierżant John Merriman, kolejny weteran wojny w Zatoce, - na początku zbaraniałem, widząc jak potem wraca za róg z którego wyszła. Jednak za kilkanaście sekund zza tego rogu wyskoczył facet z RPG i wystrzelił w naszym kierunku. Gdy ten scenariusz powtórzył się jeszcze raz pomyślałem: OK. Jasne. Niech tylko ona pojawi się znowu.

Wyszła i tym razem zdjąłem ją po sekundzie z mojego m16. Inni byli mniej ostrożni.
Mike Brooks był jednym z dowódców, którzy wydali rozkaz strzelania do cywilnych pojazdów. Ciągle nie mógł się z tym uporać, mimo, że czuł, iż nie miał innego wyjścia. Musiał chronić swych żołnierzy przed kolejną zasadzką.

W piątek powiedział mi, przyrządzając sobie kawę, że pisze dziennik. Po części dla swej żony Kelly, pielęgniarki w Jacksonville, ale także dla synów sześcioletniego Colina i czteroletnichletnich bliźniaków Briana i Elana.
Gdy doszedł do momentu, w którym jego ludzie zabili tę dwójkę dzieci nie mógł kontynuować. Powiedział jednak, że opowie wszystko żonie w domu, po powrocie. Zaproponowałem mu swój telefon satelitarny, by zadzwonił i powiedział, że u niego wszystko OK. Odmówił, za to poprosił, żebym napisał za niego e-mail do żony.
Był zbyt roztrzęsiony. - Gdyby usłyszała mój głos od razu wiedziałaby, że coś jest nie tak.

Mark Franchetti, Nasirja
Tłumaczenie: Janek Rumianek

Partnerzy

Shooters.pl

Americas Army

Ankieta

Czy podoba Ci się AA: Proving Grounds ?

  • Super zamierzam grać ile wlezie

    0%

  • Gra nie jest idealna ale zamierzam dać jej szansę

    0%

  • Nie podoba mi się wcale i nie zamierzam grać w AA4

    0%