Opowieści snajperskie

2009-08-13 21:07:09

Carlos Norman Hathcock, najlepszy snajper Marines w czasie wojny wietnamskiej, 93 potwierdzone trafienia, około 300 niepotwierdzonych.Delikatny wietrzyk łagodnie kołysał białym piórkiem wetkniętym w kapelusz snajpera Marine, gdy ten przypatrywał się krajobrazowi przez celownik teleskopowy. Łagodne podmuchy zmarszczyły wodę na polach ryżowych i dotarły na wzgórze, zaledwie chwilę wcześniej owiewając twarz dwunastoletniego wietnamskiego chłopca, ubranego w luźną, przemoczoną od potu koszulę khaki. Chłopiec z trudnością jechał na ciężko załadowanym rowerze.
Było popołudnie lutowego dnia 1967 roku, sierżant Carlos Norman Hathcock siedział ze skrzyżowanymi nogami za swoim karabinem maszynowym M2 kalibru 0.5 cala. Półtora roku wcześniej, w Camp Perry, szczupły, mający 24 lata Marine wygrał ogólnokrajowe mistrzostwa w strzelaniu na odległość 1000 jardów. Dziś siedział na południowym zboczu samotnej góry w Południowym Wietnamie.
Mrużąc oczy spoglądał przez powiększający ośmiokrotnie celownik snajperski Unertl, zamontowany na wierzchu karabinu, po prawej stronie jego komory zamkowej. Jego obserwator, opalony na brąz, rozebrany do pasa sierżant Marine Charles A. Roberts cicho przykucnął obok niego, wypatrując wroga przez lunetę M-49 o dwudziestokrotnym powiększeniu.
Rondo wypłowiałego kapelusza maskującego Hathcocka musnęło matową zieleń celownika, podczas gdy snajper przypatrywał się oddalonemu punkcikowi, zbliżającemu się ku nim polną drogą.
Jadący na rowerze chłopiec powoli rósł w wizjerze celownika Hathcocka. Opalona, wąska twarz żołnierza znieruchomiała, widać było, że zauważył coś, co mu się nie spodobało. Zobaczył kilka karabinów – cztery zwieszały się z kierownicy, dwa były przytroczone do boków pojazdu, kolejne trzy przywiązano za siodełkiem. Pośrodku kierownicy zwisał także stary, zabrudzony plecak, wypchany pociskami w ładownicach i jakimś tuzinem charakterystycznie wygiętych, łukowatych magazynków, do połowy wystających spod klapy plecaka. Ten chłopiec nie był po prostu kolejnym dzieckiem na rowerze. Był zaopatrzeniowcem Vietcongu, „mułem”, dostarczającym broń i amunicję wrogiemu patrolowi. Po zapadnięciu nocy nieprzyjaciel użyje tej broni, którą usiłuje dostarczyć mu niedożywiony dwunastolatek, by zaatakować nią marines – towarzyszy broni Hatcocka.
Hathcock nigdy nie chciał zabijać ludzi, a co dopiero dzieci. Wiedział jednak, że ten chłopiec w dole nie był zwykłym dzieciakiem. Na wojnie dzieci dorastają szybko. A Marines giną tak samo szybko od kul wystrzelonych przez dwunastolatki, jak od kul wystrzelonych przez dorosłych żołnierzy wroga.
Rower zbliżał się coraz bardziej. Snajper mocniej chwycił drewniane uchwyty karabinu. Kciuki pewnie spoczywały na spuście w kształcie motylka, zamontowanym pomiędzy uchwytami broni. Prowadził chłopaka do chwili, w której rower znalazł się naprzeciw niego, dzięki czemu miał czystą pozycję strzelecką do celu, znajdującego się w odległości około 900 metrów.
Hathcock przesunął celownik broni na widelec roweru. Delikatnie nacisnął spust, a ciężki pocisk z łatwością rozerwał cienki metal pojazdu. Chłopak wywinął salto nad kierownicą i zarył w pokrytą pomarańczowym kurzem nawierzchnię drogi. Jego ładunek rozsypał się obok niego. Snajper uśmiechnął się z zadowoleniem. Może teraz dzieciak zawróci i zostawi zabawę ze śmiercią ludziom starszym od niego.
Płonne nadzieje. Zdenerwowany chłopiec szybko złapał leżący najbliżej niego karabin, i ze zręcznością nabytą w wielu walkach zatrzasnął w uchwycie łukowaty magazynek.
Potem podniósł lufę i zaczął strzelać. Carlos Hathcock zastrzelił go zaraz potem.
Patrol Marines zebrał ładunek karabinów i amunicji. Wietnamscy wieśniacy, pracujący na pobliskim polu zabrali ciało chłopaka.
Fragment książki Marine Sniper Charlesa Hendersona i E. J. Landa, tłumaczenie Inkub

Snajper uzbrojony w karabin M14.Miało to miejsce pod koniec mojej pierwszej tury w Wietnamie. Zgłosiłem się sam do tego zadania, ponieważ uważałem, że jestem lepszy od reszty naszych strzelców wyborowych. Przecież szkoliłem ich wszystkich i choćby z tego powodu powinienem był pokazać, że jestem najlepszy. Do celu musiałem podczołgiwać się przez ponad 1000 metrów. Zabrało mi to trzy dni i trzy noce. Rankiem czwartego dnia udało mi się wykonać postawione zadanie.
Wyszedłem z lasu na otwartą przestrzeń i przewróciłem się na bok, gdybym bowiem czołgał się na brzuchu, zostawiałbym większy ślad. Patrole przechodziły czasami dosłownie o włos, ale na szczęście nikt mnie nie zauważył. Czatowałem na swój cel wśród nieświadomych żołnierzy przeciwnika, już na ich „podwórku”. Z pewnością nie podejrzewali, że ktoś zdecyduje się na taki atak. Już od pierwszego razu, gdy żołnierze wietnamscy minęli mnie i nie zauważyli, poczułem, że jednak może mi się udać. Kontynuowałem dalej tę mozolną wędrówkę. Po lewej stronie zauważyłem dwa stanowiska sprzężonych, podwójnych karabinów maszynowych kalibru 0.51, potem dwa po prawej. Byłem tak blisko, że widziałem, jak żołnierze z och obsługi przygotowywali sobie posiłki. Chętnie bym i ja coś zjadł, ale miałem przecież zadanie do wykonania.
Czołgałem się dalej w górę niewielkiego wzniesienia. Po wykonaniu zadania zamierzałem się wycofać z powrotem do linii drzew. Znalazłem się między stanowiskami karabinów maszynowych, których obsługi były gotowe do odparcia ataku z powietrza. Pewnie nie wierzyli, że ktokolwiek odważy się posunąć tak daleko (dzięki Bogu!). Tego ranka zobaczyłem też obiekt mojego ataku. Udało mi się go zlikwidować z odległości 650 metrów. Na taką odległość miałem skalibrowany i przestrzelany karabin. Taka odległość wynikała też z mapy. Starałem się ocenić dokładnie kierunek i siłę wiatru, temperaturę, wilgotność, wszystko co jest ważne dla oddania strzału. Okazało się, że moje wyliczenia były prawidłowe.
Gdy oddałem strzał, żołnierze przeciwnika się rozbiegli. Pewnie szykowali jakąś niespodziankę. Przyszło mi do głowy, że można coś i na to poradzić. Ruszyłem rowem w kierunku drzew. Istniało co prawda niebezpieczeństwo, że ktoś może mnie zauważyć, ale na stojąco przemieszczałem się o wiele szybciej. Potem w drodze na punkt, gdzie miałem zostać podjęty, musiałem tylko uważać, aby nie nadziać się na pułapki i miny.

Hathcock nie pisze tu nic o trudach, jakie związane były z tego rodzaju „polowaniem”. Szczegóły te opisuje dziennikarz Chicago Tribune, Jim Spencer:
Setki mrówek, które weszły pod mundur, uczyniły sobie ucztę na jego przepoconym ciele. Jako że nie mógł w normalny sposób załatwiać swoich potrzeb fizjologicznych, niemiłosiernie śmierdział uryną. Ale nie był to największy problem. W ciągu 72 godzin mógł pociągnąć zaledwie kilka łyków wody z manierki. Usta miał wysuszone. Jego ramiona, biodra i kolana pokryły bąble powstałe w czasie wędrówki na stanowisko strzeleckie.

Józef Kozłowski

Fragment wspomnień Carlosa Hathcocka zaczerpnięty z książki Strzelec Wyborowy Petera Brookesmitha, tłumaczenie

  • 1
  • 2

Partnerzy

Shooters.pl

Americas Army

Ankieta

Co sądzisz o wyglądzie nowych map ?

  • Do gustu przypadła mi mapa ShantyTown

    31%

  • Do gustu przypadła mi mapa Stronghold

    61%

  • Nie podoba mi się żadna z przyszłych map

    8%